Zwykłe popołudnie (J 1, 35-42)

Zawsze uważałem, że mężczyznę można poznać po tym, jak działa. Większość moich przyjaźni nawiązała się właśnie przez wspólne działanie. Dlatego bardzo mnie zdziwiło, że pierwsi uczniowie poznali Jezusa po… tym, gdzie mieszkał.

Jest dzień po Chrzcie Jezusa w Jordanie, o którym czytaliśmy tydzień temu. Święty Jan stoi z uczniami i na widok przechodzącego Jezusa stwierdza „Oto Baranek Boży”. Św. Jan Ewangelista napisał, że „dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił” – z tego stwierdzenia odnoszę wrażenie, że Jan nie tyle mówił do swoich uczniów, ale szepnął sam do siebie. Jakby chciał upewnić się w tym, czego się dowiedział dzień wcześniej.

Ale dwóch uczniów usłyszało to i zdecydowało się pójść za Jezusem. Są w ciekawej sytuacji – odeszli od swojego poprzedniego mistrza, ale jeszcze nie zamienili ani jednego słowa z nowym. Nie zaczepiają go, po prostu idą za nim – nawet powiedziałbym, że go śledzą. Po chwili Jezus ich zauważył i zaczęła się dość dziwna rozmowa. Na pytanie „Czego szukacie?” uczniowie nie odpowiadają „Nasz mistrz powiedział, że jesteś Mesjaszem, więc chcemy się od Ciebie uczyć”. Pytają jedynie o mieszkanie Jezusa. Jakby ich trochę zamurowało i nie wiedzieli, co powiedzieć.

zdjęcie: commons.wikimedia.org, CC-0

Jezus nie odpowiedział im wprost – nie podaje adresu w Nazarecie. Zaprasza ich, żeby podjęli aktywność, ruszyli się i zobaczyli. Nie odpowiada tak, jak innym w czasie późniejszej działalności (Mt 8,20, J 18, 36). Wie, że ci uczniowie dopiero go badają. Póki co, jest dla nich wędrownym nauczycielem, jakich już pewnie paru spotkali. A skoro teraz poszli za Jezusem odnoszę wrażenie, że na poprzednich nauczycielach się zawiedli. Jezus nie próbuje ich złapać na tanie hasło reklamowe, czego to nie zrobi. Zaprasza ich do tego, żeby sami wyrobili sobie o nim zdanie.

Andrzej pierwszy raz w życiu zobaczył mężczyznę, który po prostu jest sobą i nie ściemnia

Uczniowie przyjęli zaproszenie i cały wieczór spędzili w domu Jezusa. Zwykle w podobnych opisach Ewangeliści piszą, że do Jezusa przychodziły tłumy a on ich uzdrawiał, że ktoś przyszedł, gdzieś wyciągnął Jezusa, wdał się z Nim w dyskusję itp. Tutaj czegoś takiego nie ma. Nie działo się nic szczególnego –  według mnie ci dwaj uczniowie po prostu spędzili z Jezusem najzwyczajniejsze w świecie popołudnie. Nie widzieli cudów, nikogo nie uzdrawiali, nie słyszeli wysublimowanych nauk o Królestwie Bożym. A mimo to Andrzej wyszedł z domu Jezusa przekonany, że to właśnie jest Chrystus.

Myślę, że to, co przekonało świętego Andrzeja to właśnie normalność. Pewnie święty Andrzej już spotkał w swoim życiu paru nauczycieli – skoro trafił do św. Jana Chrzciciela, wcześniej mógł mieć kontakt choćby z Esseńczykami. I pewnie miał doświadczenie, że wielu z takich nauczycieli na siłę buduje swój autorytet, stawia się nad innymi, zaczyna rozmowę od nakazów – i zarabia na oszukiwaniu ludzi. Może nawet spotkał wcześniej kogoś, kto podawał się za Mesjasza. Myślę, że tego popołudnia zobaczył zwyczajnego Mężczyznę, który zaprosił go do domu i pokazał, jak normalnie mieszka. Może Jezus nawet nie miał idealnego porządku albo musiał się w międzyczasie zająć jakimiś sprawami gospodarczymi. Andrzej widział to wszystko (czyli, w sumie, nie widział nic szczególnego) i pomyślał, jaką siłę musi mieć Jezus, skoro pokazuje mu się od tak normalnej strony. Skoro nic nie ukrywa. Skoro nie zgrywa nie wiadomo kogo, ideału, twardziela. Może Andrzej pierwszy raz w życiu zobaczył mężczyznę, który po prostu jest sobą i nie ściemnia.  A to doprowadziło go do wniosku: skoro tak, skoro On nie ma nic do ukrycia, to musi być Mesjaszem.

Ostatnio coraz więcej udaje mi się zauważyć, że Bóg działa właśnie w tych najnormalniejszych obszarach mojego życia. Bez fajerwerków, bez udziwnionych cudów, bez wielkich manifestacji. Po prostu jest w każdej rzeczy – także tej prostej i normalnej. On wie, kim Jest, i nie musi nikomu – żadnemu z nas – tego udowadniać. I takiego odbioru Jego chciałbym się uczyć od świętego Andrzeja.