Zrób tak jeszcze raz!

Dzisiejszy wpis to zasługa wczorajszego spotkania, na którym podsumowywaliśmy zabezpieczenie tegorocznej Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. W czasie tego spotkania dwie osoby – niezależnie, w różnych słowach i w odniesieniu do różnych tematów – powiedziały o zjawisku, którego wiele razy doświadczyłem w swoim życiu. I myślę, że jest to coś, co każdy żyjący jak operator zna dobrze z własnego doświadczenia. Ale że czasem najbardziej oczywiste rzeczy są najtrudniejsze, opiszę to na przykładzie.

Powiedzmy, że postanowiłeś przejść się na weekendowy marsz kondycyjny po okolicznych pagórkach. Wychodzisz w piątek wieczorem – jest fajnie, rześkie powietrze owiewa Twoją twarz, nogi lekko odbijają się od podłoża. Idziesz. Dochodzisz do wybranego punktu i uznajesz, że to dobre miejsce na nocleg. Rozkładasz śpiwór, osłaniasz się pałatką albo namiotem i, czując swój uspokajający się oddech, zasypiasz zadowolony z pierwszych kilkunastu albo kilkudziesięciu pokonanych kilometrów.

ścieżka w lesie, zdjęcie: unsplash.com, CC-0

Budzisz się rano, plecy trochę bolą od twardej ziemi i pojawiają się pierwsze zakwasy, ale wstajesz, ubierasz plecak i idziesz dalej. Po chwili mięśnie się przyzwyczajają i wracasz do normalnego tempa. Robi się coraz cieplej, więc musisz dołożyć sobie nocne ubrania na plecy, ale to przecież nic ciężkiego.

Po paru godzinach nadal trzymasz tempo, chociaż Twoje plecy i barki zaczynają narzekać na to, ile zabrałeś do plecaka. Słońce dopisuje, więc coraz częściej pociągasz z camelbacka. Nagle chcesz wziąć kolejny łyk i… czujesz, że nic nie leci. Zużyłeś przewidziany na ten odcinek zapas wody, a do miasteczka, które chciałeś minąć, jeszcze daleko. Nic to, patrzysz na mapę i lekko korygujesz kurs – do półtorej godziny powinieneś dotrzeć do sklepu, gdzie będziesz mógł uzupełnić zapasy.

Gdy idziesz po asfaltowej drodze w celu dokupienia wody, Twoje stopy zaczynają dawać o sobie znać. Ale przynajmniej idziesz po równym i kostki są mniej obciążone.

Dobra, doszedłeś do sklepu, kupiłeś zapas wody i czas wrócić na obraną wcześniej trasę. Szczególnie, że znalazłeś na mapie fajny skrót. Wstajesz, nakładasz plecak i… żesz! Wychłodzone i zrelaksowane przez paręnaście minut ścięgna wcale nie chcą wrócić do ruszania nogami. Ale trzeba być twardym. Idziesz wyznaczoną w myślach trasą i… o, to tej ścieżki nie ma? Dobra, przecież kierunek jest ten sam, więc można się trochę po przeciskać pomiędzy gałęziami. Chociaż jest stromo. Stromiej. Rety, naprawdę na mapie poziomice były tak gęsto? Nic to, trzeba iść, jeszcze niecały kilometr i powinieneś wrócić na wyznaczony szlak. Potem jeszcze dwie godziny i można będzie rozbijać się na nocleg, robiąc w międzyczasie małe zakupy. O, ale tutaj gęsto rosną drzewa. Nawet trochę chłodno jest w tym cieniu. Pewnie dlatego też tyle wilgoci utrzymało się na ziemi i musisz trochę więcej energii wkładać w odlepianie butów od podłoża przy każdym kroku. Ale idziesz. W końcu jeszcze tylko kilkaset metrów…

Ale trochę za długo to trwa. Powinieneś już pokonać wzniesienie i dojść do przecięcia ścieżki ze szlakiem, a tu ciągle przesz do góry pomiędzy drzewami. Chyba czas chwilę poeksplorować teren żeby się zorientować, gdzie jesteś. Nie jest źle – jeszcze dwie godziny słońce powinno świecić, więc masz rezerwę czasu. Jeśli pójdziesz pięćset metrów w tym kierunku i nie trafisz na polanę, to znaczy, że na pewno jesteś daleko od miejsca, w którym chciałbyś być…

Wreszcie jest! Szlak! Ale zrobiło się ciemno trochę szybciej, niż myślałeś i chyba nie zdążysz dojść dzisiaj już do sklepu. No nic, małe zapasy jeszcze masz, a dystans nadrobisz jutro. Teraz możesz jeszcze kawałek podejść, a potem znaleźć dobre miejsce na nocleg. Rozbijasz się jak poprzedniej nocy, zjadasz naprędce przygotowaną zupkę chińską i kładziesz się, żeby rano wstać wcześnie i nadrobić te kilka kilometrów.

Gdy się budzisz, czujesz, że jest wilgotno. Wokół Ciebie unosi się mgła, którą chłonie Twoje ubranie i buty. Walcząc z bólem stawów i ścięgien powoli wstajesz, zwijasz swoje prowizoryczne obozowisko i zaczynasz iść. Krok za krokiem, bo poranny chłód wcale nie pomaga przywrócić mięśni do stanu używalności. Śniadanie jesz już w mżawce patrząc, jak piach na drodze przed Tobą powoli przekształca się w błoto, w którym spędzisz jeszcze trzy albo cztery godziny, zanim wsiądzesz do autobusu i wrócisz do domu.

Wreszcie mokry i obolały wracasz do domu. Na ostatnim kawałku drogi przed drzwiami robisz już tylko drobne kroczki, poprawiając szelki od plecaka na obolałych ramionach, a Twoje myśli opanowały trzy tematy:

  • ciepła herbata,
  • kąpiel,
  • nigdy więcej takich głupich pomysłów.

Wracasz. Zrzucasz z siebie mokre i ubłocone ubranie, wskakujesz pod prysznic i siadasz na kanapie, popijając ciepły napój.

Mija noc i dzień. Jak dobrze jest się wyspać w ciepłym łóżku i zjeść normalne śniadanie.

Mijają trzy dni. Oglądasz ślady po pęcherzach na stopach i otarcia na ramionach wspominając, jak bolały Cię parę dni temu.

Mija tydzień. Myślisz „Kurczę, bolało, ale fajnie było”.

Mijają dwa tygodnie. Patrzysz na mapę zastanawiając się, gdzie by tu się przejść w najbliższym czasie.

chociaż Twoje ciało i rozum mówią „nigdy więcej”, Twoja dusza woła „zrób tak jeszcze raz!”

Mijają trzy tygodnie. Jest piątek wieczorem. Wychodzisz z domu ze spakowanym plecakiem. Jest fajnie, rześkie powietrze owiewa Twoją twarz, nogi lekko odbijają się od podłoża…

Mam nadzieję, że dobrze znasz ten stan, niekoniecznie w odniesieniu do samotnych wędrówek. Gdy kończąc realizację zadania, masz go totalnie dość. Gdy cel, który widziałeś na początku, przestał się liczyć, a pojedyncze czynności, które składają się na realizację zadania, już doprowadzają Cię do pasji. Gdy obiecujesz sobie, że zabrałeś się za to już ostatni raz. Że już nigdy nie zgodzisz się, jeśli ktoś Cię poprosi, albo będziesz przeganiać takie pomysły w Twojej głowie. Ale po pewnym czasie – czy to będzie parę godzin, tygodni, miesiąc czy pół roku – wiesz, że jeśli nie zabierzesz się za to jeszcze raz, po prostu nie będziesz sobą.

Właśnie o tym zjawisku usłyszałem wczoraj na spotkaniu podsumowującym EDK. Zjawisku przejścia z „nigdy więcej” w „no to jedziemy”. W tym momencie nie mam pojęcia, czy ma ono jakąś ładną naukową nazwę, ale czuję, że jest to nieodłączny element życia operatora. Myślę, że właśnie w tym okresie przejścia możesz zobaczyć, kim naprawdę jesteś. Bo to, że po męczącym marszu, ciężkim dniu w pracy albo organizacji wielkiego wydarzenia Twoje ciało i psychika będą mówiły „dość!” – to naturalne. Czy robisz coś, co kochasz, czy wykonujesz nudzący obowiązek – zmęczenie psychofizyczne będzie Ci towarzyszyło zawsze, jeśli dajesz z siebie wszystko. Ale przy niektórych rzeczach odezwie się jeszcze Twoja dusza, która powie „Ale to jest właśnie to” i powoli zacznie przeciągać Twój organizm na swoją stronę. A przez to nie pozwoli Ci usiedzieć w miejscu, gdy pojawi się kolejna okazja do podjęcia podobnego działania.

Operatorami zostają właśnie te osoby, którym dusza nie pozwala zrezygnować wtedy, kiedy ciało i rozum mówią, że wystarczy. Umiesz jej posłuchać?