międzyczas

W międzyczasie

Jedna z technik zdobywania słuchaczy to zadanie na początku paru pytań tak oczywistych, że praktycznie każdy odpowie na nie „tak”. No więc spróbuję: Czy jesteś zabiegany? Czy chciałbyś mieć więcej czasu na robienie fajnych rzeczy? Czy często kładziesz się spać z poczuciem „jeszcze tyle powinienem dzisiaj zrobić”? Jeżeli na przynajmniej jedno (bezpiecznik – a nuż nie każdy odpowiedział twierdząco na wszystkie) z tych pytań odpowiedziałeś „TAK”, to ten wpis jest właśnie dla Ciebie! Koniec socjotechniki, dalej już piszę na serio.

Nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że większość z nas zmaga się z problemem zbyt małej ilości czasu na te tysiąc fajnych rzeczy, które przychodzą do głowy każdego dnia. A skoro czasu jest za mało, to rezygnujemy z pomysłów, które wydają nam się naprawdę fajne lub tych, które osobiście są dla nas ważne, ale giną w natłoku spraw pilnych. Sama świadomość, że takie rzeczy odkładamy „na kiedyś” może zdołować i przeszkadzać w cieszeniu się życiem i realizacji wielkich celów. Dlatego dzisiaj chciałem Ci powiedzieć o tym, jak znaleźć dużo czasu w ciągu dnia – może nie na realizację tysiąca pomysłów, ale na cztery-pięć z nich na pewno wystarczy.

Sposób to robienie rzeczy „w międzyczasie”.

Nauczyli mnie tego franciszkańscy klerycy, gdy dwanaście lat temu spędziłem weekend w ich seminarium. Chociaż mówili o tym raczej z przymrużeniem oka – „w międzyczasie” było podobno standardową odpowiedzią ich przełożonych na pytanie, kiedy mają wywiązać się z dodatkowych obowiązków – to w moim życiu ten sposób sprawdził się bardzo dobrze.

O co tak naprawdę chodzi? O wykorzystanie krótkich przerw w ciągu dnia. Luk, w których normalnie czas przecieka Ci przez palce i po prostu go tracisz. Czas spędzony na przejeżdżaniu z miejsca na miejsce, czekaniu w kolejce, przejściu do sklepu czy nawet dłuższe posiedzenie w ubikacji (sorry, ale jak efektywność, to efektywność!) może okazać się bardzo wartościowy, jeśli znajdziesz coś, co możesz w nim zrobić.

Ja ostatnio zastosowałem tę metodę celowo (bo nie liczę zwykłego czytania książki w kolejce do lekarza) przy trzech rzeczach, o których chciałem Ci powiedzieć.

  • Różaniec. Jeśli słuchałeś Nocnego posterunku to pewnie wiesz, że w listopadzie i grudniu poprzedniego roku odmawiałem nowennę pompejańską, czyli przez 54 dni codziennie towarzyszyły mi cztery części różańca. Czasami faktycznie było tak, że raz (albo cztery razy) siadałem naprzeciwko ikony i modliłem się, ale zdecydowaną większość tej nowenny odmówiłem  jadąc tramwajem lub idąc do sklepu.
  • Nauka języków. Ponieważ przygotowuję się do nowej pracy, powtarzam angielski i niemiecki. Z pomocą przychodzą mi aplikacje na smartfon, dzięki którym mogę pięć minut przerwy wykorzystać na krótką powtórkę. Parę takich przerw dziennie pozwala mi realizować cel powtarzania każdego z języków codziennie przez pół godziny. Tak przy okazji: chciałbyś, żeby czasami pojawił się tutaj jakiś wpis po angielsku?
  • Ćwiczenia fizyczne. Od kiedy urodziła się Emilka, mam duży problem z wydzieleniem czasu na trening. Rozwiązałem to rezygnując z sesji treningowych o określonym czasie. Po prostu: jak mam minutę i miejsce na podłodze to padam i robię te dwadzieścia pompek czy brzuszków. I tak parę-paręnaście razy dziennie.

Oczywiście, wielu z Was może powiedzieć, że zrobienie pięciu serii pompek w odstępach godzinowych to nie to samo, co zrobić to razem w ciągu piętnastu minut. Tak samo jak odmawianie różańca w czasie marszu nie jest takie samo, jak po uklęknięciu w kaplicy. A przyłożenie się przez pół godziny do nauki języka prawdopodobnie dałoby lepsze efekty, niż rozbicie tego na sześć krótkich sesji. I w pełni się z tym (poza modlitwą) zgodzę. Jednak z robienia takich rzeczy „w międzyczasie” daje trzy ważne owoce.

  1. Po pierwsze: robisz to, co chcesz robić. Choćby nie wiem co, jeśli chcesz ćwiczyć, to lepiej jest zrobić dwadzieścia pompek niż nie zrobić żadnej. Jeśli chcesz posprzątać mieszkanie, to lepiej jest zetrzeć dwie półki na raz, niż odkładać wielkie porządki przez parę miesięcy, bo nie ma na nie czasu. Decydując się na robienie rzeczy „w międzyczasie” działasz – i to jest, według mnie, główny zysk z tej metody.
  2. Po drugie: sprawdzasz, czy na coś naprawdę warto mieć czas. Wspominałem już o tym we wpisie o pisaniu bloga przez 15 minut dziennie. Robiąc coś w krótkiej sesji odkrywasz, czy naprawdę chcesz na to poświęcać czas. Jeśli tak – uwierz mi, że przesuniesz to z „międzyczasu” i znajdziesz ten dodatkowy czas. Ale będzie też wiele spraw, które wydawały Ci się fajne, ale jak zajmiesz się nimi parę razy przez te pięć minut to stwierdzisz, że jednak jest to strata czasu. Lepiej się tego dowiedzieć marnując parędziesiąt minut „międzyczasu” (który i tak byłby zmarnowany), niż po zainwestowaniu w coś parunastu wartościowych godzin.
  3. Po trzecie: robiąc rzeczy „w międzyczasie” odkrywasz, ile naprawdę masz czasu i ile go marnowałeś. Najpierw pewnie zobaczysz, że faktycznie możesz zrobić trochę więcej rzeczy, niż myślałeś. Potem zaczniesz kombinować (na podstawie owocu drugiego), jakie zrobić przesunięcia pomiędzy „czasem głównym” a „międzyczasem”. Co chcesz, żeby budowało Twoje główne punkty dnia, a którymi sprawami chcesz się zająć pomiędzy. Pomoże Ci to też w ustaleniu priorytetów i poznaniu wartości kierujących Twoim działaniem.

W ramach trzeciego owocu zrozumiesz też, że z tą produktywnością parę akapitów wyżej żartowałem. We wszystkim trzeba zachować umiar i dopasować każdą czynność do odpowiedniego rodzaju czasu. Robiąc różne rzeczy „w międzyczasie” zobaczysz, jakimi kategoriami czasu dysponujesz i co w poszczególnych kategoriach możesz robić efektywnie.

Tak więc zachęcam Cię do sprawdzenia, ile możesz zrobić „w międzyczasie”. Zwłaszcza, jeśli po tych pięciu dniach 2017 roku już masz wrażenie, że jesteś za bardzo w plecy ze wszystkim. Gwarantuję Ci, że odkrycie wartości „międzyczasu” będzie dla Ciebie kamieniem milowym na drodze do zobaczenia, jak wiele czasu dostajesz do wykorzystania każdej doby.

 

 

 

 

 

  • Wiele rzeczy genialnych jest prostych:-).

  • To jest tak proste, że aż genialne :)