Dyktafon zamiast Kałasznikowa

Dziwnie mi się pisze o polityce. Chociaż pewnie nie rozumiem wielu rzeczy związanych z najnowszą aferą taśmową, myślę, że jest to na tyle ważna dla Polski sprawa, że powinienem o niej napisać parę krótkich słów. Raczej nieuporządkowanych przemyśleń kogoś, kto na to wszystko patrzy przez pryzmat przysięgi „służyć wiernie Rzeczypospolitej Polskiej”, niezależnie od tego, kto aktualnie sprawuje władzę.

Podczas wczorajszej Mszy mogliśmy usłyszeć „co mówię Wam w ukryciu, rozgłaszajcie na dachach”. Tak dokładnie zrobiło „Wprost”, publikując taśmy z rozmowami, które udało im się zdobyć. Myślę, że jako obywatele i wyborcy mieliśmy prawo do tych informacji. Problemem dla mnie w takich sytuacjach jest, czy media powinny brać pod uwagę bezpieczeństwo państwa i gospodarki. Na pewno jest to jeden z największych problemów państw demokratycznych – co pokazał choćby problem z Wikileaks – ale na pewno przez te kilkadziesiąt lat funkcjonowania nowoczesnej demokracji i pracy można było wypracować lepsze mechanizmy współdziałania. Zmarnowaliśmy trochę czasu.

W całej sprawie najbardziej nie podobało mi się to, że osoby na takim poziomie władzy rozmawiają o planach politycznych w miejscu niezabezpieczonym i niesprawdzonym. Nie wiem, jakie są szczegółowe procedury działania ABW i BORu, czy i jak restauracja była sprawdzana, czy spotkanie było zaplanowane w protokołach. Ale po prostu: o takich sprawach powinno się rozmawiać w miejscach bezpiecznych. Parę lat temu na szkoleniu z ochrony informacji niejawnych uczyli mnie, że aby móc w przedsiębiorstwie przetwarzać informacje poufne, trzeba kupić specjalny komputer, który nie może być podłączony do sieci i jeszcze nie może mieć w jakimś-tam promieniu innych urządzeń emitujących pole elektromagnetyczne. Było to szkolenie dla szeregowych pracowników z działu badań i rozwoju w branży wydobywczej. Myślałem, że politycy (z których wielu ma przecież dopuszczenie do informacji tajnych lub ściśle tajnych) muszą przejść podobne. Niestety, za brak profesjonalizmu władzy zapłacimy teraz wszyscy.

Gdy piszę te słowa, na świeżo oglądam relację z wejścia ABW do redakcji „Wprost”. Kolejna rzecz, która mi się nie podoba, ale którą uważam za bardzo duży sukces propagandowy rządu. Zamiast mówić o tym, co w aferze podsłuchowej najważniejsze – zawartości taśm – uwaga społeczeństwa jest przekierowywana na problem nielegalnego nagrania rozmowy w restauracji. Oczywiście, jest to przestępstwo i jak najbardziej uważam, że powinna się nim zająć Prokuratura i ABW. Ale czy taki rozgłos jest korzystny dla śledztwa? Myślę, że jedynie ułatwia autorowi nagrań wykrycie momentu, w którym powinien znaleźć sobie dobre ukrycie. Zdecydowanie wolałby, żeby toczyło się ono jak tysiące innych śledztw – bez kamer za funkcjonariuszami.

I ostatnia moja refleksja – Platforma Obywatelska przejęła władzę po przedwczesnych wyborach wywołanych przez ujawnienie nagrań rozmów Renaty Beger. Kolejny rząd daje się nabrać dokładnie w ten sam sposób. Tak, jak pisałem niedawno – błędy popełniają wszyscy. Ale dlaczego nie potrafimy się na nich uczyć?

W zeszły poniedziałek minęła rocznica śmierci porucznika Jana Piwnika „Ponurego” oraz generała Sławomira Petelickiego. Poznanie ich życia zmieniło moje podejście do wielu spraw, w tym patriotyzmu i miłości Polski. Ostatnio mam wrażenie, że w polityce bardzo mało osób podziela ich poglądy w tych kwestiach. Cześć ich pamięci!