Tabletka na wolność

W zeszłym tygodniu media obiegła wiadomość, że Komisja Europejska postanowiła o dostępności pewnej „pigułki po” bez recepty. Przeczytałem na ten temat parę informacji oraz mniej lub bardziej żartobliwych komentarzy. I chcę dodać swój głos do dyskusji. Bo taka pigułka to, według mnie, zamach na wolność.

Widziałem głosy (hmm… ale to brzmi), że „tabletka po” to triumf naukowych racjonalistów nad ciemnogrodem Kościoła. Informacje prasowe podają, że dozwolona bez recepty pigułka nie jest środkiem poronnym – swoje działanie opiera na zatrzymaniu owulacji lub niedopuszczeniu do zagnieżdżenia się zarodka w macicy kobiety. Był to jeden z argumentów za dopuszczeniem właśnie tego specyfiku. Niestety, tutaj wychodzi fakt, że wielu racjonalistów dzisiaj zamiast rozumu używa właśnie internetu i to im wystarcza. Przeczytałem informacje producenta i ulotkę. Co prawda jeszcze nie doszedłem do oryginalnych badań medycznych, ale nigdzie w materiałach nie znalazłem informacji o wykluczeniu możliwości przerwania ciąży po zażyciu pastylki. A nauka jest oparta na falsyfikacji. Jakkolwiek by nie udowodniono bezpieczeństwa przyjmowania tej tabletki – nie jest to tym samym, co wykluczenie możliwości działania wczesnoporonnego. A dopóki tego jednoznacznie nie wykluczono – trzeba przyjąć założenie, że może on zabić.

Oprócz wpływu na najmniejszego człowieka, tabletka taka ma ogromny wpływ na organizm kobiety. W ulotce producent zaznaczył, że tabletkę można stosować tylko raz w każdym cyklu ale bądźmy szczerzy – mało kto czyta ulotki od lekarstw, a jeszcze mniej osób się nimi przejmuje. W dodatku uważam, że edukacja seksualna nie tylko w Polsce stoi na naprawdę niskim poziomie. Wpuszczenie do wolnego obrotu takiego środka bez solidnego wyedukowania społeczeństwa w temacie jest po prostu strzałem w kolano. Oczywiście, można powiedzieć, że każdy może poczytać o leku i każdy za siebie odpowiada, ale… właśnie, tu jest dla mnie chyba największe ale.

Od jakiegoś czasu uważam, że odpowiedzialność człowieka jest proporcjonalna do wolności, jaką ma. Ktoś zniewolony nie może do końca brać odpowiedzialności za to, co robi. A według mnie, przede wszystkim, KE swoim postanowieniem zrobiła zamach właśnie na wolność wszystkich oświeconych i wolnych ludzi, którzy skorzystają z dostępności wspomnianej pigułki. Chyba wspominałem już na blogu o tym, że kwintesencją wolności jest dla mnie konsekwencja. Jeśli jakiś wybór nie ma konsekwencji, według mnie jest jedynie wyborem pozornym, wirtualnym. A jeśli się nie ma prawdziwego wyboru, to nie ma też prawdziwej wolności. „Pigułka po” jest reklamowana właśnie jako coś, co „uwalnia” od konsekwencji – czy działań mniej czy bardziej przemyślanych. Ale likwidując konsekwencje działania i wyboru, zażycie tabletki zabiera także wolność kobiecie (lub parze), która się na nią decyduje. Przy okazji – zabierając wolność, zabiera też odpowiedzialność. I w ten sposób degraduje osobę.

Chyba najlepszym komentarzem, jaki znalazłem na temat „pigułki po” w ostatnim tygodniu był wpis Pawła Kowalskiego, Jezuity: „Hipokrates: Nie dam nigdy niewieście środka na poronienie, hipokrytes: Więc będzie bez recepty”. A skoro hipokrytes, to „morał z tej historii mógłby być taki: mimo iż cukrowe, to jednak buraki”. Niestety.