Szanty i piraci

W poprzedni weekend odbył się w Krakowie 33 Festiwal Shanties. Uwielbiam szanty i piosenki żeglarskie, a (po ograniczeniu działalności koncertowej tawerny Stary Port) to naprawdę jedna z niewielu okazji, żeby porządnie się wyśpiewać w tym klimacie w Krakowie. Na festiwalu usłyszałem też pierwszy raz od kilku lat piosenkę „Pogodne popołudnie kapitana białej floty” w wykonaniu byłego kapitana SY Zawisza Czarny – Waldemara Mieczkowskiego.

Ta piosenka w jego wykonaniu przypomniała mi o książce „Kapitan: na służbie” i filmie „Kapitan Phillips” (i wersję do czytania, i do oglądania szczerze polecam). Pomyślałem sobie, że właśnie w Rotundzie siedzę w otoczeniu ludzi takich, jak Richard Phillips. A co w tym dziwnego?

źródło: en.wikipedia.org, CC-0Jak byłem małym chłopcem, bohaterstwo wiązałem z jednorazowym wyczynem, sytuacją, która się akurat nadarzyła i ktoś ją wykorzystał, żeby zostać bohaterem. Pewnie wiecie, o czym mówię – zepchnięcie kogoś z torów, pomoc po wypadku, złapanie złodzieja itp. Potem zrozumiałem, że na bycie bohaterem pracuje się codziennie i wtedy zachowanie się w sytuacji ekstremalnej po prostu jest czymś naturalnym, wynikającym ze sposobu bycia bohatera.

Historia Richarda Phillipsa – nie wgłębiając się w różnice pomiędzy filmem i dwoma książkami, w których o niej czytałem – świetnie to pokazuje. Szczególnie w jego biografii uderzyły mnie cztery cechy, którymi kapitan się opisuje: prostota, szczerość, skromność i bezpośredniość.

Richard Phillips 8 kwietnia 2009 był normalnym facetem, który po prostu wykonuje swoją pracę na ponad 100%. Profesjonalistą na stanowisku pracy. W ciągu dnia został zakładnikiem piratów. Dzięki wyszkoleniu, piratom nie udało się ani znaleźć członków załogi, ani przejąć kontroli nad statkiem i po kilku godzinach piraci opuścili statek szalupą ratunkową, zabierając ze sobą kapitana jako zakładnika. Po pięciu dniach przetrzymywania, 12 kwietnia, kapitan został uwolniony przez operatorów DevGru.
Swoją drogą – akcja snajperska była, według mnie, fenomenalna. Równoczesna neutralizacja trzech piratów w nocy, z odległości około 100 metrów przy małym celu poruszającym się na falach… to było coś!

Ale wróćmy do kapitana Phillipsa. Czy da się zdefiniować, w którym momencie stał się bohaterem? Wydaje mi się, że nie – on po prostu nim był, nawet przed porwaniem. Tylko wcześniej nie mógł tego pokazać w ten sposób (i nikomu nie życzę, żeby musiał w takich warunkach dowodzić swojego bohaterstwa). I, jak dla mnie, właśnie o to chodzi – mężczyzna powinien być takim cichym profesjonalistą, który na co dzień robi wszystko tak, jak należy lub lepiej. Dzięki temu sprawdza się w codzienności, zauważa swoje mocne i słabe strony, wie, nad czym musi popracować, żeby być lepszym. Codziennie robi przynajmniej mały krok do przodu. Ale dzięki setkom i tysiącom takich małych kroków radzi sobie potem w sytuacji ekstremalnej, która może przyjść niespodziewanie.
W tym kontekście przypominają mi się także rozważania Ekstremalnej Drogi Krzyżowej z 2011 roku: „Dla mężczyzny strach jest wielkim wyzwaniem. Można sobie wyobrazić, że jego bliscy truchleją sparaliżowani strachem. On nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby w takiej sytuacji nie miał siły i odwagi przeciwstawić się niebezpieczeństwu. Zawsze powinien być czujny i gotowy. Powinien być w formie.” (stacja 10).

Nigdy się nie dowiem, obok ilu bohaterów, którzy po prostu nie mieli okazji wyjść z ukrycia, siedziałem w czasie Shanties.

Historia kapitana Phillipsa niesie dla mnie jeszcze jedno przesłanie, o którym mówił także płk Gąstal w filmie promującym JW GROM. Jeśli ktokolwiek z nas znajdzie się w sytuacji zagrożenia, są ludzie, którzy rzucą wszystko i przelecą na drugą półkulę, żeby taką osobę uratować. I to jest wspaniałe.
Pamiętaj, że dla swojego otoczenia masz być operatorem, o którym właśnie tak myślą inni.

PS. Polecam recenzję książki „Kapitan. Na służbie” autorstwa Moniki.