(S)pokój pod ostrzałem (J 14, 23-29)

Przedwczoraj po południu rozpoczął się weekend majowy i sporo osób wyruszyło poza miasto. Wiem o tym, bo sam byłem w tłumie jadącym A4 z Krakowa w kierunku Tarnowa (chociaż wczoraj już wróciłem do domu). Wiele osób wzięło jeden dzień urlopu, żeby przez te cztery dni zaznać spokoju: pooddychać świeżym powietrzem, pogrilować, pośpiewać albo posłuchać muzyki, trochę więcej się poruszać. I akurat na półmetku tego weekendu wypadła niedziela, w której Jezus przypomina, że ten spokój to jeszcze nie pokój,  który On daje.

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać. Kto Mnie nie miłuje, ten nie zachowuje słów moich. A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca. To wam powiedziałem przebywając wśród was. A Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem. Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka. Słyszeliście, że wam powiedziałem: Odchodzę i przyjdę znów do was. Gdybyście Mnie miłowali, rozradowalibyście się, że idę do Ojca, bo Ojciec większy jest ode Mnie. A teraz powiedziałem wam o tym, zanim to nastąpi, abyście uwierzyli, gdy się to stanie.

Tak, wiem. Pokój i spokój to dwie zupełnie różne rzeczy, przynajmniej leksykalnie. Ale wydaje mi się, że właśnie do osiągnięcia wewnętrznego pokoju dąży wiele osób które mówią, że szukają spokoju. Dlatego przy dzisiejszej Ewangelii te dwa słowa mi się połączyły w jedną myśl.

Tak więc zakładam, że wiele osób teraz zaznaje spokoju leżąc na zielonej trawce, łowiąc ryby, obracając karkówkę na grillu, grając w piłkę, czytając albo robiąc coś w tym stylu. Żeby go osiągnąć, musieli przedwczoraj zrobić trochę więcej w pracy (żeby nie zostały zaległości na poniedziałek) i przedzierać się przez korki w piątkowy wieczór. Za to pojutrze będą musieli zakończyć trwanie w tym pokoju i wrócić do swoich codziennych zajęć, oczekując na nadejście wakacyjnego urlopu (no, jeszcze jeden dłuższy weekend w maju po drodze).

To są szczęściarze. Bo niektórzy nawet ani w ciągu dłuższego weekendu, ani przez dwutygodniowy wyjazd gdzieś daleko nie potrafią zrzucić z siebie stresu i cały czas żyją problemami codzienności.

To jest pokój, który daje świat. I który często nazywamy spokojem.

Jezus daje Apostołom inny pokój. Dzisiejsze słowa nie padają na plaży nad Jeziorem Tyberiadzkim albo na weselu w Kanie Galilejskiej. Jezus mówi „pokój mój wam daję” w czasie wieczerzy w Pesach, na parę godzin przed pojmaniem w Getsemani i na dzień przed swoją śmiercią. Mówiąc o pokoju wie, że do rana jeden z Apostołów popełni samobójstwo, jeden trzy razy się wyprze znajomości z Nim, a dziewięciu się pochowa po Jerozolimie i okolicach. Niektórzy uczniowie uciekną tak daleko, że dopiero po Zmartwychwstaniu będzie ich zawracał z okolic Emaus.

I z tą sytuacją przed oczami Jezus zostawia uczniom pokój. Ale nie taki pokój, jaki daje świat – czyli sielankę. Po Jego pokój nie trzeba brać urlopu, przerywać pracy, wyjeżdżać z domu ani urządzać grilla. Pokój płynący z przebywania z Bogiem to pokój właśnie w tym wszystkim, od czego wiele osób próbuje uciec na długi weekend. To pokój w ogniu walki i pod ostrzałem. Pokój, w którym nie trzeba się trwożyć i lękać niezależnie od tego, co się dzieje dookoła.

Jak osiągnąć taki pokój? Po pierwsze: zaprosić Boga do swojego życia. Utworzyć z Nim relację miłości przez zachowywanie Jego nauki. Po drugie: przyjąć Ducha Świętego z całym Jego zapleczem. Taką receptę podaje swoim uczniom Jezus wiedząc, co ich czeka przez najbliższe trzy dni.

Bóg daje pokój, który możesz przeżywać w codziennym ogniu walki, pod ostrzałem

Duch Święty może być kluczowy w osiągnięciu Bożego pokoju. Jezus w słowach, które dzisiaj usłyszysz (albo usłyszałeś) nazywa Ducha Świętego „pocieszycielem”. I to jest jedna sprawa – Duch Święty w każdej chwili będzie Cię pocieszał i przypominał Ci o tym, co Bóg Ci obiecał, dzięki czemu będziesz mógł zachować w sobie pokój, a nie załamywać się chwilowymi pożarami.. Ale jest coś jeszcze. Słowo „Parakletos”, którego użył Jezus, oznacza także osobę, która w sądzie przemawiała w imieniu oskarżonego. Obrońcę. Adwokata (o tym znaczeniu dowiedziałem się w zeszłym tygodniu od mecenasa Krzysztofa Wąsowskiego). I myślę, że ta funkcja też jest bardzo ważna w dążeniu do pokoju. Pewnie każdy z nas codziennie słyszy wiele niefajnych słów na swój temat. Jak nie od ludzi, to od złych duchów, które przecież cały czas próbują zdołować każdego z nas. Duch Święty potrafi te oskarżenia odeprzeć i potwierdzić Ci, że jesteś na dobrym kursie. I dlatego nie pozwoli, żeby codzienne oskarżenia wybiły Cię z pokoju, które daje Ci Bóg w swoich Trzech osobach.

Kurczę, mam wrażenie, że strasznie protestancko to brzmi… ale nic, niech Duch Święty sprawi, żebyś dobrze zrozumiał to, co chciałem napisać. Niech działa!