SERE – unikaj (dzielenia)

Unikanie – jedziemy dalej. Poprzednio powiedziałem o czterech „technicznych” rzeczach, których nauczyłem się unikać i które pomogły mi w wejściu w modlitwę. Dzisiaj napiszę tylko o jednej. Może najważniejszej, ale też najtrudniejszej.

Sacrum i profanum. Nie umiem dokładnie tego zlokalizować, ale na jakimś etapie mojej formacji przyzwyczajono mnie do rozdzielenia tych dwóch sfer życia – zarówno w kwestii czasu, jak i przestrzeni. Jeśli się chciałem zabrać za modlitwę, musiałem mieć do tego wyznaczony czas, a czasem też miejsce. Doprowadziło mnie to do mocnego ograniczenia lub całkowitego zarzucenia modlitwy („bo nie mam czasu” albo – w wersji czasoprzestrzennej – „nie mam czasu pójść do kościoła”). Gdy nauczyłem się wreszcie, kiedy się modlić – zacząłem to robić bardziej regularnie. Po jakimś czasie zauważyłem, że w ciągu dnia wydzielam czas na modlitwę, w którym Bóg może być obecny, i resztę dnia – czas, do którego Go nie dopuszczam. I zaczęło mnie to razić.

Przełomem było dla mnie przeczytanie o „modlitwie Jezusowej” i poszukanie jej źródeł. Wzięła się ona z pewnej interpretacji słów św. Pawła wzywających do modlitwy w każdym czasie i miejscu (np. 1 Tes 5, 17 i 1 Tm 2, 8). Chociaż interpretacja dosłowna, polegająca na włączeniu prostej modlitwy do każdego działania, charakterystyczna jest dla Kościoła Wschodniego, bardzo przypadła mi do gustu i zacząłem nad nią pracować.

W ten sposób odkryłem coś, co pewnie od wieków jest oczywiste – można nie oddzielać życia od modlitwy. Można w ogóle nie mieć czasu profanum i cały czas trwać w sferze sacrum. Wydzielony czas i miejsce na modlitwę na pewno pomagają – pozwalają prościej unikać spraw, o których pisałem tydzień temu. Może na pewnych etapach rozwoju nawet takie wydzielenie jest konieczne, żeby iść do przodu w modlitwie. Ale modlić możesz się zawsze i wszędzie. Nie potrzebujesz do tego ani specjalnego czasu, ani miejsca.

Chodzi o włączenie Boga we wszystko, co robisz. Sposoby mogą być różne. Możesz odmawiać „Ojcze nasz” w każdej chwili, w której sobie o tym przypomnisz. Możesz nauczyć się na pamięć wersetu Pisma Świętego i powtarzać go w myślach jak najczęściej w ciągu dnia. Możesz to samo robić ze słowami Modlitwy Jezusowej albo dowolnej innej formy modlitewnej. Możesz przed każdym zadaniem ofiarować je Bogu. Możesz słuchać Modlitwy w Drodze, którą Jezuici przygotowali z myślą o modlitwie w czasie przemieszczania się (chociaż przyznaję, że w rozważaniach nie zawsze trzymają się tej idei). To tylko niektóre propozycje, które sam sprawdziłem.

odkryłem coś, co pewnie od wieków jest oczywiste – można nie oddzielać życia od modlitwy

Taki sposób modlitwy nie należy do najłatwiejszych. Sam często zapominałem o powziętym postanowieniu. Ale wydaje mi się, że kluczowy jest upór i nie poddawanie się. Konsekwentne ograniczanie swojej sfery profanum. Efektem będzie nie tylko zmniejszenie dystansu pomiędzy Tobą a Bogiem. Po jakimś czasie zobaczysz, jak dużo masz czasu w ciągu dnia (i to nie tylko na modlitwę), zaczniesz inaczej patrzeć na jego wykorzystanie i zaczniesz zauważać więcej dobrych rzeczy dookoła siebie. A to wszystko doprowadzi Cię do lepszego działania.

Na pewno nie jest to rzecz do nauczenia się w tydzień. Ale możesz w tym tygodniu zacząć unikać dzielenia czasu na „święty” i „nieświęty”. Możesz dać Bogu więcej dostępu do Twojego czasu. I jeśli to zrobisz – tak naprawdę zauważysz, że nie musisz się już martwić o unikanie dowolnej z rzeczy, o których napisałem w zeszłym tygodniu.

Po przeżyciu i unikaniu, za tydzień napiszę o stawieniu oporu. Przez następne dwa tygodnie będziemy stawiać opór obojętności.