Sekretne know-how

Od prawie roku pracuję w „przedsiębiorstwie opartym na wiedzy”, gdzie jednym z kluczowych źródeł przewagi konkurencyjnej są IPR, czyli prawa własności intelektualnej. Gdy poznałem świat „ajpirajtsów” odkryłem, że bardzo podobne zasady kierują budowaniem przewagi nad przeciwnikiem w wojsku. Szczególnie w wojskach specjalnych, gdzie operatorzy nie mogą liczyć na liczebną przewagę nad przeciwnikiem ani stałe wsparcie jednostek zmechanizowanych, przewagę zdobywa się przez to, że określone rzeczy robi się w określony sposób. I tę wiedzę trzeba przekazywać na tyle umiejętnie, żeby znali ją wszyscy w sekcji, a przeciwnik wiedział o niej jak najmniej.

Prawa własności intelektualnej chciałbym podzielić na parę grup.

Prawa spisane, to w przemyśle patenty, a w wojsku – regulaminy. Są łatwo dostępne i praktycznie każdy może je ściągnąć z sieci (inna sprawa, czy zostały tam legalnie umieszczone). I zazwyczaj można z nich się dowiedzieć, że coś jest, ale niewiele o tym, jak to działa. A tak naprawdę, w takich dokumentach opisuje się rzeczy albo oczywiste, albo tak ogóle, że nic z nich nie wynika. Bo to, że jeśli temperatura na termometrze oficera dyżurnego przekroczy przez trzy dni 27 stopnie Celsjusza, żołnierz ma dostać butelkę wody, nie daje absolutnie żadnej wiedzy o tym, jak wojsko walczy. Za to ten poziom IPR pozwala we wszystko wprowadzić porządek.

Drugi stopień wtajemniczenia to wiedza zarezerwowana już dla osób „wewnątrz” danej organizacji. Zebrana w opasłych instrukcjach i przekazywana na szkoleniach, które zna ze swojego doświadczenia zarówno każdy pracownik korporacji, jak i żołnierz. Wiedza zdobyta w czasie szkoleń pozwala „nowemu” poznać ogólne zasady działania danej organizacji i dowiedzieć się, jak robić podstawowe rzeczy. Na przykład jak trzymać karabin, gdzie w kamizelce jest miejsce na radio, gdzie się ustawić po wejściu do pomieszczenia i z kim pogadać o przydziale racji żywnościowych przed operacją.  Po takim szkoleniu kandydat na operatora wie, jak coś zrobić „technicznie” dobrze i może pracować nad wyrabianiem w sobie odpowiednich nawyków. Ale robi to mechanicznie. Wie o co chodzi, ale jeszcze nie czuje, dlaczego właśnie tak powinien robić. Nazwijmy to know-how „szkoleniowym”.

Trzeci poziom nazwałbym know-how „posiłkowym”. I tu zaczynamy wchodzić w tajemnice decydujące o sukcesie danej organizacji. Dlaczego „posiłkowe”? Bo są to rzeczy przekazywane już poza formalną strukturą szkoleń. Rzeczy o których dowiesz się, gdy w czasie posiłku albo przerwy w zajęciach starszy żołnierz powie Ci „Młody, regulamin mówi jedno, ale przepnij sobie karabinek tak i tak, to będziesz mógł go szybciej podnieść do strzału”. Albo wtedy, kiedy zapytasz bardziej doświadczonego żołnierza, jak on to robi, że mu wyposażenie nie brzęczy w plecaku w czasie biegu. Jeśli wejdziesz na ten poziom, będziesz stopniowo rozumiał dlaczego niektóre rzeczy powinieneś robić właśnie w taki, a nie inny sposób.

I jest jeszcze to naprawdę sekretne know-how. Którego absolutnie nie da się przekazać w zorganizowany sposób. Które samo „przelewa się” w organizacji, a młodsi członkowie chłoną je obserwując, jak to wszystko działa. Nawyki organizacyjne, które najpierw powstają, potem są odkrywane, a dopiero potem mogą być wdrożone do szkolenia na dowolnym z wyższych etapów. I jakoś podskórnie czuję, że właśnie to know-how odgrywa kluczową rolę w sytuacjach kryzysowych i wtedy decyduje o tym, że dana organizacja odnosi sukces.

Czy Twoje najbardziej tajemne know-how jest know-how miłości, czy strachu?

A teraz dlaczego o tym piszę.

Parę tygodni temu mój syn dostał od dziadków dużą wywrotkę. Była taka fajna, że musiała z nami pojechać na popołudniowe zakupy (i potem towarzyszyła nam na spacerach jeszcze przez parę dni). Gdy wróciliśmy do domu, syn pobiegł do swoich zabawek, wziął inny samochód i, wydając odgłos cmoknięcia, stuknął delikatnie jego przodem z kabiną rzeczonej wywrotki.

Najbardziej tajemne know-how, jakie można przekazać. CC-BY-NC

I to jest właśnie to najbardziej sekretne know-how, jakie można przekazać. Absolutnie nie mamy na lodówce przyczepionej kartki z zasadami, wśród których jest „po przyjściu do domu całujemy domowników na przywitanie”. Nie powiedziałbym też, że jest to coś, czego szczególnie pilnuję albo o czym kiedykolwiek mu mówiłem. W sumie – gdybym nie zobaczył,  że wtedy dla niego było oczywiste, że samochody powinny się pocałować na przywitanie, w ogóle bym nie myślał o tym, co ja robię po przyjściu do domu.

A tak dowiedziałem się, że u nas w domu pocałunek jest sposobem na przywitanie się z rodziną (no dobra, nie pytajcie, czy samochodziki są dla siebie rodziną, czy przyjaciółmi). Dowiedziałem się, że nieświadomie przekazaliśmy Jasiowi, że po przyjściu do domu pokazuje się miłość tym, którzy tam czekają, a nie krzyczy się, że obiad jest zimny i za późno.

I właśnie takie, tak przekazywane tajemne know-how mam na myśli mówiąc o tym, co decyduje o sukcesie organizacji w sytuacji kryzysowej.

Ale ten wpis, tak naprawdę, nie jest o tym, jak uzyskać przewagę nad dowolna konkurencją. Chociaż też. Ale chciałbym, żebyś na początek przyjrzał się temu, jakie know-how Cię otacza. Jakie przyjmujesz w organizacjach, w których na co dzień działasz i jakie przechwytują inni patrząc na Ciebie. Czy to Twoje najbardziej tajemne know-how jest know-how miłości, czy strachu?

 

 

  • Drugą rzeczą, jaką zauważyłem jest to, że Jaś po wyjściu z samochodu sprawdza, czy są zamknięte drzwi. Ale to akurat wiedziałem, że robię.

  • Zabawny wpis Janku. Właściwie to spostrzeżenie nad jakim można przejść bez refleksji. Na powitanie dajemy buzi :-) Coś w tym jest, że inni czerpią od nas z naszego nastawienia i emocji. Spokojnej nocy.