RoMy #7: Modlić się za żywych i umarłych

Modlić się: to wydaje się być takie banalne. Szczególnie w porównaniu z darowaniem urazów albo napominaniem grzeszników. O co więc chodzi w uczynku miłosiernym, który wydaje się być najprostszy z całego zestawu?

modlić się za żywych i umarłych, zdjęcie: aschenputtel@pixabay.com, CC-0

Janek: Zacznę od pytania w kontekście Roku Miłosierdzia. Za wykonanie uczynku miłosiernego można dostać odpust zupełny. Ten uczynek wydaje się banalny. Wystarczy, ze pomyślę „Boże błogosław Krzyśkowi” i już kara za wszystkie moje winy są darowane? Gdzie w tym tkwi haczyk? Oczywiście zakładam, że mam spełnione wszystkie pozostałe warunki do uzyskania odpustu.

Krzychu: Wydaje mi się, że nie ma haczyka – na tym polega miłosierdzie;). Niedawno, podczas „Rekolekcji dla nas i całego świata” ks Olszewski mówił, że to dla niego najtrudniejszy z uczynków miłosierdzia – bo to duża odpowiedzialność powiedzieć komuś, że się będzie za niego modlić. Bo to wołanie o wielką pomoc – a co, gdy się zapomni? Albo będzie wołać zbyt mało?

J: A da się modlić zbyt mało? Myślisz, że Bóg jest  tak drobiazgowy i ma dla Niego znaczenie, czy westchnę tak, jak mówiłem, czy będę osiem godzin siedział w kościele i klepał różańce za Ciebie?

K: Nie wiem, za mało mam wiedzy na ten temat. Ale wydaje mi się, że ilość modlitwy ma znaczenie. Choćby biorąc pod uwagę opowieść o natrętnej wdowie.

J: Ilość modlitwy ma znaczenie. Bo powinniśmy modlić się nieustannie. Czyli cały czas przebywać w obecności Boga. Ale czy ma znaczenie ilość modlitwy w danej intencji? Jezus kończąc przypowieść, o której mówisz (Łk 18, 1-8) powiedział  „A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę.”. Czyli Bóg zareaguje szybko (co nie znaczy, że od razu). Według mnie nie ma co wartościować modlitwy po ilości. Bo, analogicznie, możnaby rozważać, czy lepiej o kimś wspomnieć w modlitwie powszechnej w czasie Mszy Świętej, czy w czasie Liturgii Godzin albo czy lepsza za kogoś jest Koronka do Miłosierdzia Bożego, czy wspomniany różaniec. Albo, o zgrozo, czy Msza odprawiona przez proboszcza jest lepszą modlitwą, niż ta odprawiona przez wikarego. A takie dywagacje chyba nie mają sensu, przynajmniej według mnie.

K: To po co w jednych intencjach ludzie chodzą do Częstochowy, a w innych wystarczy akt strzelisty bądź pojedyncza „zdrowaśka”?

J: Myślę, że dotknąłeś sedna: to ludzi chodzą do Częstochowy. Może to  dla nas zróżnicowanie modlitw ma znaczenie, a dla Boga pielgrzymka nie jest gorsza ani lepsza od powiedzenia „Jezu, ufam Tobie” pomiędzy gryzami hamburgera w fastfoodzie?

Mogę podać przykład z mojego życia: teraz doskonale wiem, że Bóg jest ze mną cały czas. I mogę cały dzień półleżeć na kanapie przed telewizorem (czego akurat nie robię, ale jakbym zechciał) i On tak samo jest obok mnie, jestem dla Niego dokładnie tak samo wartościowy i mogę w każdej chwili z Nim porozmawiać. Ale żeby do takiego etapu dojść, musiałem dwa albo trzy razy wyjść na Ekstremalną Drogę Krzyżową, bo na pewnym etapie byłem na tyle samolubny, że robiłem dla Niego miejsce dopiero, jak sam sobie kompletnie nie radziłem.

Inna rzecz, która mi się nasuwa, to priorytety. W ciągu dnia każdy ma kupę myśli, potrzeb, pragnień i w ogóle. Zróżnicowanie modlitwy, ma pewnym etapie rozwoju osobistego i duchowego, może pomóc odkryć, co jest dla danej osoby ważne i priorytetowe.

K: Czyli rozmaite modlitwy są dla nas? Jak nam się wydaje, że intencja jest gruba, to wytaczamy armaty i idziemy do Częstochowy na kolanach, a jak chodzi o coś drobnego, to „zdrowaśka” wystarczy – a tymczasem dla Boga to bez różnicy? Dobrze Cię zrozumiałem?

J: Tak, dobrze – że forma modlitwy bardziej jest dla nas, niż dla Boga. Tutaj wrócę do definicji modlitwy, którą wcześniej przemyciłem: przebywanie w obecności Boga. W miarę jak rozwija się relacja z Nim, zmieniają się też nasze formy modlitwy – tak, jak przed chwilą o tym mówiłem na przykładzie moim z EDK. Na to nakłada się to, o czym mówiłem chyba przy okazji pouczania albo pocieszania: że Kościół daje sprawdzone przez wieki metody, jak to robić na różnym etapie życia i można z tych wskazówek korzystać.

K: A czas, przez jaki przebywamy w obecności Boga może mieć wpływ na efektywność modlitwy? Możemy w ogóle mówić o czymś takim?

J: Myślę, że ważna jest jakość tego czasu, a nie ilość. Jakkolwiek – jak już pisałem na przykładzie mojej Ekstremalnej Drogi Krzyżowej – czasem żeby osiągnąć odpowiednią jakość czasu, musi najpierw upłynąć odpowiednia ilość czasu. Nawet święty Ignacy w swojej medytacji zaleca (jeśli dobrze pamiętam) chyba 5 minut wyciszenia przed medytacją, w czasie których masz oglądnąć dokładnie miejsce, gdzie będziesz się modlił, żeby potem Cię nie rozpraszało, że zauważysz nagle fajny obraz albo ciekawy układ liści.

K: A mój spowiednik zachęca mnie do jak najczęstszych aktów strzelistych, do uczynienia całego dnia modlitwą – żeby ofiarować z rana Panu cały dzień, żeby potem przy poszczególnych czynnościach je też powierzać Panu w miarę możliwości. Nawet ostatnio dostałem na pokutę przez cały dzień przeżywać Drogę Krzyżową – żeby jakieś rzeczy, które mnie tego dnia spotykają, przeżywać w kontekście poszczególnych stacji, nieważne w jakiej kolejności.

Przyszło mi do głowy, że przy takiej definicji modlitwy (przebywaniu w obecności Boga), jesteśmy w modlitwie cały czas – bo to, że sobie Boga wokół nie uświadamiamy, nie znaczy, że go nie ma. Czy takie rozumowanie nie niesie ze sobą ryzyka usprawiedliwiania swojego niemodlenia? Że nie modlę się, ale w sumie się modlę?

J: I  dokładnie o to chodzi – o modlitwę nieustanną, w każdej chwili Twojego życia. Tylko jej trzeba się nauczyć. Nie przeskoczysz od razu z „paciorka” na etap, na którym całym swoim życiem się modlisz.

Swoją drogą, przypomniało mi się ciekawe ćwiczenie z książki byłego Jezuity – Fabiana Błaszkiewicza – o modlitwie ignacjańskiej. Tam pierwsze ćwiczenie polegało na tym, żeby przez jeden dzień w ogóle się nie modlić. To, według mnie, dość dobry test na to, na jakim etapie jesteś: czy wiesz, że Bóg i tak z Tobą jest nawet, jak „formalnie” (nie wiem, jak określić, że chodzi mi o ustandaryzowane formy modlitwy) się do Niego nie odzywasz. Czy wierzysz, że po  prostu z Nim jesteś.

Ale chciałbym wrócić do uczynku – trochę czasu poświęciliśmy części „modlić się”. Przejdźmy może do „za żywych i umarłych”. Pierwsze, co mi się tutaj nasuwa, to ostra kwantyfikacja – nie ma żadnego stanu przejściowego. Albo ktoś jest żywy, albo umarły. Czy poprawne więc jest dość często spotykane stwierdzenie „modlitwa za umierających”? To nasuwa, że jest to jakiś stan pośredni.

K: Potocznie mówi się, że ktoś „jest już jedną nogą po drugiej stronie”. Ale technicznie, jakkolwiek to nie brzmi, jest żywy. Nie myślałem nigdy o tym, że bycie umierającym jest stanem pośrednim:P.

Ja bym powiedział, że to jest wyraźnie zaznaczone, żeby ktoś nie pomyślał, że umarli nie potrzebują modlitwy, że już po ptokach. Albo że miłość (miłosierdzie) można okazywać jedynie żywym.

J: A jak ktoś jest umarły i ma (albo przynajmniej może mieć) Miłosierdzie Boże, to potrzebuje naszego jeszcze?

K: A to żywi nie mają? Siostra Faustyna w Dzienniczku sporo pisała o duszach z czyśćca, które bardzo modlitwy potrzebują.

J: Kurczę, zobacz, jak to się układa: dusza w czyśćcu jest oddzielona od Boga, a Ty na  ziemi możesz się modlić (czyli, jak ustaliliśmy, być z Bogiem) za nią. Brzmi, jakbyś mógł swoją bliskością z Bogiem ułatwić komuś w czyśćcu to samo. W sensie powiedzieć (czy żywemu, czy umarłemu): Ty nie jesteś blisko Boga, ale ja ZA CIEBIE będę blisko Niego.

K: Gruba sprawa;). To będąc oddzieloną od Boga, czy dusza w czyśćcu rzeczywiście ma to Boże Miłosierdzie?

J: O to zapytaj mnie kilka lat po tym, jak umrę:-). Ale tak na logikę: jeśli jest w czyśćcu, a nie w piekle, to ma.

K: Dobra. Na mój rozum, to dusza jest w objęciach Bożego Miłosierdzia, ale nadal potrzebuje miłosierdzia od nas – w formie modlitwy. Czy to może być odpowiedzią na Twoje pytanie o to, czy nas potrzebuje?

J: Ale po co jej to moje miłosierdzie, skoro ma nieskończenie lepsze?

K: No to po co ludziom na ziemi nasze miłosierdzie, skoro mają nieskończenie lepsze? Po co mi okazywałeś miłosierdzie jak byłem chory, skoro miałem nieskończenie lepsze? Może Bóg okazuje też miłosierdzie przez ludzi?

J: O to samo pytaliśmy przy którymś z poprzednich uczynków, więc temat jest chyba ważny… Ale nie umiem odpowiedzieć na pytanie.

Jeśli chodzi o dusze w czyśćcu to teraz wpadłem na pomysł, że chociaż taka dusza doznała Miłosierdzia, to w czyśćcu jest oddzielna od obecności Boga, a modląc się za nią możemy nie tylko skrócić jej czas oczekiwania, ale też w jakimś sensie, przez wspólnotę Kościoła, być z nią. Towarzyszyć jej w trudnym czekaniu.

K: No tak, nie bez powodu ludzi w czyśćcu nazywamy Kościołem Pokutującym. Czyli potrzebują naszego miłosierdzia – nie jako substytut tego Bożego, ale jako coś ekstra – o to Ci chodzi?

J: O to, że może potrafimy sprawić, że nie będą się czuli sami. I jeśli tak chcemy zrobić, to to jest miłosierne z naszej strony.

K: Ciekawe jest, że rozmawiamy teraz o zmarłych jako o ludziach, którzy żyją – tyle że gdzie indziej:).

J: Przecież żyjemy wiecznie. Ale skoro przeszedłeś do żywych, którzy też są objęci tym uczynkiem, to jak to z nimi jest? Kościół nie pozwala wziąć odpustu na kogoś żywego, bo on może sam go zdobyć. Czy więc nie powinno być tak samo z modlitwą – skoro on się sam może modlić, to czemu modlić się za niego?

K: A czy jest miłosierdziem podać mamie herbatę, skoro może sobie sama wstać i ją wziąć? Nie słyszałem wcześniej tego o odpustach;).

J: Nie kwestionuję miłosierności. Tylko dziwi mnie rozbieżność pomiędzy zasadami modlitwy a odpustu.

K: Widać odpust to coś, co działa na innych zasadach. Nie jestem specjalistą, nie podejmę się oceny tego.

J: Czyli wychodzi, że warto modlić się za żywych i umarłych i korzystać z odpustu za to dla siebie i umarłych.

K: Ogólnie warto się modlić – a modlitwa za innych jest dodatkowo uczynkiem miłosierdzia. Na takim wysiłku tylko wszyscy zyskują.


Wielki Post się kończy i, zgodnie z planem, dotarliśmy do ostatniego uczynku miłosiernego względem duszy. Od jutra Triduum Paschalne – najważniejszy czas w roku. Mamy nadzieję, że ten tekst pomoże Ci w przeżyciu tego czasu w modlitwie (więcej tekstów o modlitwie możesz znaleźć tutaj). I życzymy Ci, żeby ta końcówka Wielkiego Postu doprowadziła Cię do spotkania ze Zmartwychwstałym i Twojego Zmartwychwstania. A ponieważ Zmartwychwstanie to sprawa także ciała, przez cały Okres Wielkanocny będziemy rozmawiać o drugiej grupie uczynków miłosiernych – tych dotyczących właśnie ciała. Na co już teraz zapraszamy.


Z Krzychem poznaliśmy się jakieś 9 lat temu i chyba parę osób razem uratowaliśmy za czasów ratowniczych.

Razem ze swoją żoną są ostro zaangażowani w ŚDM i to dzięki nim nagrałem świadectwo na Młodych Misjonarzy Miłosierdzia. To nasunęło mi pomysł, żeby pogadać z Krzyśkiem o uczynkach miłosiernych – bo tego tematu zbytnio nie rozumiem. Krzysiek stwierdził, że sam też nie jest ekspertem i chętnie spróbuje ze mną zgłębić zagadnienie. Tak zrodziły się RoMy – Rozmowy o Miłosierdziu. W ciągu Wielkiego Postu i Okresu Wielkanocnego przedstawimy Wam 14 rozmów, w których będziemy się dzielić naszymi przemyśleniami na temat poszczególnych uczynków miłosiernych względem duszy i ciała.