Romy #6: Urazy chętnie darować

Darowanie urazów to dla mnie trudny uczynek miłosierdzia. Według mnie, żeby go dobrze wykonać, trzeba odnaleźć się pomiędzy dwoma skrajnościami. Pierwszą: żeby automatycznie zapominać wszystko, co ktoś mi zrobić i zrobić z siebie chłopca do bicia. Drugą – żeby nie odpuszczać, choćby nie wiem co. Razem z Krzyśkiem spróbowaliśmy dojść do tego, jak nauczyć się tego właściwego, aktywnego wybaczania.

Janek: Czy mam wybaczyć Niemcom, że rozpoczęli II Wojnę Światową?

Krzychu: Tak.

J: A Aliantom, że w Jałcie się zgodzili, żeby ZSRR się nami zaopiekowało?

K: Tak.

J: A sąsiadowi, że czasem o 22 sobie przypomni, że jeszcze jedną dziurę musi wywiercić?

K: No też. Choć to już można zgłosić gdzie trzeba, bądź wyjaśnić sprawę z sąsiadem. Ale niezależnie od rezultatu – wybaczamy.

J: Brzmi przerąbanie. Ale co to tak naprawdę znaczy? Mam nie mówić Jasiowi o Katyniu, obozach zagłady i czasach PRL żeby nie było, że żywię urazy?

K: Wybaczenie nie oznacza zapomnienia – po spowiedzi nie ma tak, że grzech przestaje istnieć. Jest, ale wybaczony. Konsekwencje grzechu też działają – choć w tym wypadku Ktoś inny wziął te konsekwencje na siebie. Ale wybaczenie nie oznacza, że konsekwencji nie ma.

Rozumiem, że skoro poszliśmy w tą stronę, utożsamiamy darowanie z wybaczeniem?

J: A jaka jest między nimi różnica, bo ja traktowałem te słowa jako synonimy?

K: Ja też, ale chciałem, żeby to wybrzmiało – na wszelki wypadek;).

J: OK, czyli w sferze leksykalnej mamy jasność:-). Więc mamy dwie rzeczy: wybaczenie i… hmm… wymazanie? I jest jasne, że ten uczynek odnosi się tylko do pierwszej części. Przez analogię do spowiedzi – Bóg wybacza, a ja mam zadośćuczynić. Czyli rozumiem, że tutaj to ja mam wybaczyć uraz, ale to ta druga osoba (albo Niemcy:-P) mają zabiegać o naprawę konsekwencji tego, co zrobiła? Czy w takim razie powinienem jakoś w to ingerować i poganiać, czy czekać cierpliwie, aż mój winowajca sam wpadnie na to, że mógłby naprawić szkodę?

K: Uczynek brzmi jedynie – darować. Nie dopilnować zadośćuczynienia, nie wymagać. Darować i koniec, kropka. Analogia do spowiedzi bardzo na miejscu – nikt Cię nie zmusi, żeby zadośćuczynić. Ale bez tego spowiedź nie będzie do końca ok, nie?

Ja mam taką filozofię, że miłość, to jest coś więcej – takie z gwiazdką, na szóstkę. I dlatego jej od nikogo nie wymagam – jak ktoś chce coś zrobić z miłości do mnie, to super. Ale obowiązku nie ma. I tak myślę, że Podobnie wygląda sprawa z zadośćuczynieniem po urazie – ja daruję, i (kolokwialnie mówiąc) rączki mam czyste. A jak ktoś zrobi coś dodatkowego od siebie, no to chwała Panu;). A Ty co o tym myślisz?

J: Uważam, że brak wymagania jest formą obojętności, więc kłóci się z miłością, więc na tę sprawę patrzę inaczej. Ale o tym chyba rozmawialiśmy przy upominaniu grzeszących. Więc ja byłbym za tym, żeby zanieść Jasia obudzonego wiertarką sąsiadowi i powiedzieć mu, że mu wybaczam, ale teraz ma zadośćuczynić:-).

Analogia do spowiedzi nasunęła mi coś jeszcze: to nie jest taki zwykły uczynek miłosierdzia. Jest jedynym, o którym Jezus wspomniał w Modlitwie Pańskiej, czyli naszej podstawowej modlitwie. Co więcej – o ile przy poprzednich uczynkach mówiliśmy o naśladowaniu Boga, tutaj Jezus mówi, że to Bóg będzie nas naśladował: jeśli nie wybaczymy innym, to On nam nie wybaczy (Mt 6, 6-15).

K: W sumie, jakby spojrzeć bardziej upierdliwym okiem, to Jezus nie mówi o tym, że Bóg wybaczy nam tak, jak my będziemy wybaczać innym – On nas uczy modlitwy i to my w niej prosimy Boga, żeby tak zrobił;).

J: Ekhm… „Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień.” I co teraz?

K: Szach mat. Jakoś nie bardzo to łapię – takie myślenie „zrobię Wam tak, jak Wy robicie”, bardziej wygląda mi na „oko za oko”, a nie na miłosierdzie. Jak to ugryźć? „Urazy chętnie darować, jak i urażający daruje”?

J: A popatrz na przypowieść o niemiłosiernym dłużniku (Mt 18, 21-35). Król, który ma być obrazem Boga, odpuścił dług dłużnikowi, ale gdy dowiedział się, że tamten nie zrobił tego samego względem innego sługi, cofnął swoją decyzję.

To, jak podsumowałeś, nasunęło mi dwie rzeczy.

Po pierwsze: w uczynku jest, że ja mam chętnie darować urazy. Bez względu na to, co się dzieje dookoła mnie. Więc tutaj wybór i decyzja leży tylko i wyłącznie po mojej stronie.

Po drugie: w „Ojcze nasz” jest „jako i MY odpuszczamy”. Tutaj już nie liczy się indywidualizm, tylko praca grupowa. Czyli jesteśmy odpowiedzialni – a Ty szczególnie jako Młody Misjonarz Miłosierdzia – za stworzenie pewnej kultury albo społeczności darowania win.

K: W ogóle ja zawsze widziałem misję dla katolików, żeby tworzyć kulturę miłości. Nie tylko żyć miłością, ale zarażać taką ideą swoje otoczenie.

Dlatego, że ten uczynek jest bezwarunkowy, na początku na każde Twoje pytanie odpowiadałem, że tak;). No excuses, zawsze wybaczać. Okoliczności nie mogą mieć wpływu na nasze miłosierdzie – trzeba być takim niezależnie od wszystkiego. Miłość jest najważniejsza – moja ulubiona pointa;).

J: Ale czy to nie oznacza, że inni mogą robić nam co chcą i będą bezkarni, bo przecież mamy wybaczać? Na przykład odniosę się do Twojego ulubionego przykładu z poprzedniej rozmowy – lać po gębie bez powodu?

K: Darowanie urazu nie wyklucza miłosiernego napomnienia, że „bracie, nie krocz tą drogą, bo ona może nie zaprowadzić Cię do nieba”. W stylu wybaczam, spoko, ale wyciągnij wnioski i bądź lepszy w przyszłości.

J: Ale jaką to ma siłę, skoro jak nie wyciągnie wniosków, nie będzie lepszy i będzie dalej kroczył drogą lania Cię po gębie bez powodu, to i tak mu kolejny raz darujesz?

K: A co pan Jezus odpowiedział na to pytanie Piotrowi? Ma wybaczać aż siedem razy?

J: Nie no, to pamiętam, że 77. Swoją drogą – według mnie to jedna z najśmieszniejszych scen w Ewangelii. Ale popatrz z punktu widzenia tego, który komuś szkodzi. Np. kradniesz mi w czasie rozmowy portfel. Ja to potem zauważam i mówię „Wybaczam Ci, nie musisz mi oddawać, ale już więcej tak nie rób, bo Ci to szkodzi”. Niezrażony kradniesz drugi raz i sytuacja się powtarza, więc czujesz się bezkarnie. Czy więc to, że w jakiejś grupie wytworzymy kulturę miłości nie będzie innych zachęcało, żeby to wykorzystywać dla własnej korzyści, a nie włączyć się tę kulturę?

K: A dlaczego to zawiera „nie musisz mi go oddawać”?

J: No dobra, może być „powinieneś mi to oddać”, na które nie zareagujesz.

K: To rodzi bunt, no bo można komuś wybaczyć, i za wszelką cenę odzyskać stracone rzeczy. Coś mi świta, że św. Jan Bosko miał takie sytuacje – jak on się wtedy zachowywał?

J: W tym momencie nie kojarzę niczego takiego z jego biografii, więc Ci nie powiem. Ale na pewno takie sytuacje miał bł. Jerzy Popiełuszko – i on jasno mówił, że jedyny sposób na zło to dobro.

K: Wydawało mi się, że było takie coś, że ks. Bosko brał biednych chłopaków na nocleg, a nad ranem oni znikali z kocami – potem chyba zapraszał ich tak czy siak znowu, nie żądając zwrotu koców. Ale coś mogłem przekręcić;). To może miłosierdziem będzie kochać złodzieja pomimo jego braku poprawy?

J: To takiego epizodu z życia św. Jana Bosco nie kojarzę. Ale wracam do tego, o co mi chodzi – czy takie zachowanie nie zrobi z nas chłopców do bicia?

K: Tak samo jak nadstawianie policzka? Zważ na to, że prześladowani chrześcijanie są takimi chłopcami do bicia – ich się morduje, oni się nie mszczą. A Kościół stawia ich nam za wzór i wynosi na ołtarze jako męczenników. Mogę się mylić, ale mechanizm może być ten sam. Też mi się to nie podoba, ale jakoś w tą stronę mnie rozum ciągnie – a zachowania, które mi się nie podobają, nie raz się okazywały tymi właściwymi, więc nic nie wykluczam:P.

J: Jak się jest zamordowanym, to trudno się mścić, Ale OK. To jak wyrobić w sobie taką postawę darowania bezwarunkowego? Znasz jakieś ćwiczenia albo sposoby?

K: Nie znam żadnego pewniaka. Ja osobiście, w konkretnych sytuacjach staram się tak rozumowo przekonać, żeby darować. I jak się pojawiają jakieś myśli, że mnie skrzywdzili etc, to sobie tłumaczę że tak czy siak, trzeba darować i nie żywić urazy. Generalnie działa, ale faktem jest, że nikt mnie nigdy jakoś poważnie nie zalazł za skórę i jak mam coś do darowania, to to są raczej płotki. A Ty masz jakiś sposób?

J: Ja stosuję trzy rzeczy, żeby darować. Pierwsza to modlitwa za tego, do kogo coś mam. Druga – popatrzenie z wyższego pułapu i pokazanie samemu sobie, że za 20 lat (a zwykle za dwa tygodnie) nie będę pamiętał, że coś w ogóle zaszło. Trzecia – potraktowanie urazu jako szansy żeby czegoś się nauczyć. Ale cały czas darowanie jest dla mnie raczej czymś, co robię jako zaparcie się siebie. Daleko mi do „chętnie”.

K: Mnie do „chętnie” przekonuje myśl, że gniewanie się na kogoś szkodzi właściwie tylko mi. To ja mam problem, ja się tym gryzę, ja się dąsam. Taki stan jest, oględnie mówiąc, szkodliwy. No i szkodzi tylko mnie. Więc im szybciej przebaczę, tym szybciej z podniesioną głową pójdę dalej;).

J: A co ma gniewanie się do przebaczenia? Gniew to tylko emocja, która co najwyżej utrudnia przebaczenie, czyli konkretną rzecz, którą możesz zrobić. Ja nie widzę szerszego związku. W sumie – teraz nawet nie potrafię wskazać przeciwieństwa przebaczenia.

K: Gniew tutaj rozumiem jako emocja, którą później się pielęgnuje. W sensie, że faktycznie – coś ją wywołuje, wybuchamy złością. Potem złość przechodzi, ale ja się dalej gniewam, no bo „co on mi zrobił”. To ma dużo do przebaczenia, bo pielęgnowanie czegoś takiego się z przebaczeniem wyklucza. Tu jest chyba trudność przebaczenia, bo wtedy trzeba zrezygnować ze swojej, skądinąd słusznej pretensji „no przecież zobacz, jak mnie ukrzywdził”. Takie trwanie w urazie nie będzie przeciwieństwem przebaczenia? Ciągle coś się do kogoś ma, złość odżywa na samą myśl o krzywdzicielu, wciąż jestem obrażony i się dąsam o krzywdę. Do tego bym zakwalifikował wiele jakichś rodzinnych konfliktów, gdzie poszło o jakiś spadek albo co. Nie nazwiesz tego „gniewaniem się”?

J: Nie, nie nazwę. Ale „trwanie w urazie” mi pasuje. Powiedziałeś też o pielęgnowaniu takiego stanu i mi się nasunęły dwie sprzeczne koncepcje. Pierwsza: że właśnie uraza, żeby przetrwała, musi być pielęgnowana. W tym sensie ten uczynek miłosierny jest tak naprawdę biernością – niepracowaniem nad tym, żeby pamięć o przewinieniu przetrwało – i to wystarczy.

Z drugiej strony – co chyba bardziej do mnie przemawia – że przebaczenie jest aktywnością, którą musisz wykonać. A jeśli tego nie wykonasz, to uraza przetrwa.

Która opcja bardziej do Ciebie przemawia?

K: Druga. Jak dla mnie, przebaczenie to nie jest zostawienie spraw po staremu, aż się samo ułagodzi. To konkretna aktywność – choćby w samej naszej woli, sama decyzja. Bierność trudno nazwać uczynkiem, nie?;)

Kiedyś nasz ksiądz oazowy powiedział o tym, że gniew sam w sobie nie jest zły – złe jest dopiero karmienie tego gniewu, właśnie pielęgnowanie go. Przebaczeniem nazwałbym aktywność w drugą stronę – łagodzenie gniewu, póki jeszcze jest. To chyba najtrudniejsze, ale też najbardziej korzystne – choćby z tego względu, że doskonali nas w kolejnym z wielu aspektów miłości.

J: Tak, jak pisałem – gniew to emocja i nie podlega ocenie moralnej. Ja nawet bym zaostrzył Twoją wypowiedź – że przebaczeniem nie jest łagodzenie, tylko usunięcie z siebie gniewu. Z resztą się zgadzam. Do tego – takie przebaczenie dodaje zdrowia i temu, komu przebaczamy, i nam (bo gniew szkodzi). I tutaj nasunęło mi się pytanie, którym może dobrze byłoby zakończyć: tak naprawdę względem czyjej duszy jest miłosierny ten uczynek? Tego, komu przebaczam – bo ma przebaczone – czy mojej – bo się nie martwi i spełnia warunek przebaczenia od Boga?

K: Miłosierdzie okazujemy komuś – więc miłosierdziem będzie chętne darowanie urazu KOMUŚ. A że czyniąc dobro dla kogoś, rykoszetem dobrem obrywamy i my – to chyba nie nowina ;) To jest ta niesamowita Boska logika, o której już kiedyś rozmawialiśmy – niby czynimy dobro komuś, ale przy okazji czynimy dobro nam: jedno dobro, dwóch beneficjentów. Tak to widzę.

J: Brzmi rozsądnie. Więc pozostaje mi tylko przekonać samego siebie, żebym darował chętnie, a nie z logicznej kalkulacji, o której mówiłem.

K: To wyniki kalkulacji nie zachęcają do darowania? ;) Praktyka czyni mistrza, trzeba tylko wytrwałości w chętnym darowywaniu. Amen.


 

Z Krzychem poznaliśmy się jakieś 9 lat temu i chyba parę osób razem uratowaliśmy za czasów ratowniczych.

Razem ze swoją żoną są ostro zaangażowani w ŚDM i to dzięki nim nagrałem świadectwo na Młodych Misjonarzy Miłosierdzia. To nasunęło mi pomysł, żeby pogadać z Krzyśkiem o uczynkach miłosiernych – bo tego tematu zbytnio nie rozumiem. Krzysiek stwierdził, że sam też nie jest ekspertem i chętnie spróbuje ze mną zgłębić zagadnienie. Tak zrodziły się RoMy – Rozmowy o Miłosierdziu. W ciągu Wielkiego Postu i Okresu Wielkanocnego przedstawimy Wam 14 rozmów, w których będziemy się dzielić naszymi przemyśleniami na temat poszczególnych uczynków miłosiernych względem duszy i ciała.