RoMy #5: Krzywdy cierpliwie znosić

Rozmawiając o cierpliwym znoszeniu krzywd odkryliśmy coś ciekawego. Chociaż obaj inaczej rozumiemy krzywdę i różnimy się spojrzeniem na to, co od nas zależy, zgadzamy się co do kwintesencji cierpliwego znoszenia krzywd. A ta wyszła nam dość zaskakująca.

Krzychu: Innymi słowy mówiąc – dać się lać po gębie bez słowa skargi?

Janek: A umiałbyś się obronić?

K: Zależy kto by lał. Ale nie ma znaczenia czy się mogę obronić czy nie – jak leje niesłusznie, to czemu to cierpliwie znosić?

J: A skąd Ty możesz wiedzieć, czy to słusznie, czy nie?

K: Liczy się subiektywne wrażenie, to na tej podstawie możemy, w momencie lania po gębie, ocenić czy to krzywda, czy zasłużone. I odpowiednio zareagować, rzecz jasna miłosiernie.

Swoją drogą nasunęło mi się, że to takie odwrócenie ról – ja cierpię, mnie się niesłusznie dostaje, i dodatkowo jeszcze mam być miłosierny – zamiast oczekiwać tego od innych. Kolejne potwierdzenie na „wywrotowość” Bożej logiki.

J: E tam subiektywne wrażenie – pewnie każdy aresztowany krzyczy, że jest niewinny i to pomyłka.

Co do dosłownego lania po gębie – wiesz, gdy szkolili mnie z samoobrony bardzo mocno wpoili mi, że w zamkniętym pomieszczeniu walkę trzeba traktować na zasadzie „albo przeżyję ja, albo on”. Biorąc pod uwagę, że jeśli ktoś Cię atakuje, to raczej nie jest Twoim przyjacielem – to pytanie do Ciebie, czy umiałbyś w takiej sytuacji ewangelicznie oddać swoje życie, żeby Twój nieprzyjaciel mógł żyć.

Ja na pewno nie i bym próbował się bronić. Ale przejdźmy do przypadków ogólnych.

Pamiętasz, ostatnio mówiliśmy o tym, że dla Ciebie pocieszeniem jest to, że Bóg jest z Tobą. Może tutaj ma działać to podobnie – jeśli wiesz, że masz Miłosierdzie Boże, to nie oczekujesz go od ludzi, tylko sam możesz być miłosierny?

K: To, co aresztowany krzyczy to zupełnie inna sprawa niż to, co myśli. A i może być zupełnie inne od tego, co było naprawdę;). Co do walki w zamkniętym pomieszczeniu – to by wychodziło na to, że albo on krzywdzi mnie, albo ja jego? Średnio fajnie:P.

J: Średnio fajne, ale takie są realia.

K: A Pan Jezus czemu się bronił przed policzkowaniem? Nie znosił cierpliwie, tylko zapytał za co? Choć teraz mi się nasunęło – może to właśnie było miłosierdzie? Że nie złościł się, nie rwał się do oddawania, nie bluzgał – tylko spokojnie (tzn. tak to sobie wyobrażam) zapytał za co?

J: Też w tej scenie tak sobie wyobrażam Jezusa – że spokojnie obraca głowę, patrzy żołnierzowi w oczy i pyta „Dlaczego mnie uderzyłeś?”. No, i to może być dobry trop. W czasie męki Jezus cierpliwie znosił krzywdy. A jako „cierpliwie” rozumiem, że nie skarżył się Bogu. Od modlitwy w Ogrodzie Getsemani do słów „Czemuś mnie opuścił”, nie marudził Bogu, że Go boli albo że jest Mu ciężko. Ale to, że nie mówił o tym Ojcu, nie przeszkadzało Mu czasem wykonać uczynek miłosierny przez powiedzenie czegoś do innego człowieka. Temu żołnierzowi i Piotrowi dał upomnienie dla grzeszących. Piłata – pouczył.

W tym kontekście ciekawie wyglądają dwie rzeczy. Pierwsza: Jezus przed Sanchedrynem i Herodem milczał. I nie mam w tym momencie pojęcia, co to może znaczyć dla naszej rozmowy.

Druga: na krzyżu powiedział „Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?”. Czy to sygnał, że każdy z nas w końcu kiedyś pęknie?

K: Bynajmniej, Jezus nie pękł. Różne teorie o tych słowach z krzyża słyszałem, ale mnie przekonuje ta, według której Jezus wtedy po prostu się modli psalmem – tak, jak to mieli Żydzi w zwyczaju, pierwszymi wersetami psalmu.
Czyli miłosiernym, cierpliwym znoszeniem krzywd nie będzie milczenie i zgoda na owe krzywdy, ale brak zemsty, brak bulwersu i nastawiania się wrogo do krzywdzącego. Po prostu trzeba dalej go kochać i chcieć dla niego dobrze. To brzmi hardcore’owo. Zwłaszcza, jak się pomyśli, na przykład, o Żołnierzach Wyklętych cierpiących w komunistycznych katowniach…

J: To zrobię jeszcze bardziej hardkorowo: że zgoda na krzywdy też będzie miłosiernym znoszeniem krzywd. Bo jeśli coś się dzieje w Twoim życiu, to znaczy, że Bóg na to pozwolił. Fajnie to pokazał święty Francieszek w rozmowie o radości doskonałej z bratem Bernardem. W skrócie chodziło o to, że radość doskonała jest właśnie w znoszeniu krzywd ze świadomością, że Bóg pozwolił, żeby pojawiły się w Twoim życiu.

K: Czyli jak ktoś leje po gębie, to nie uciekać ani zasłaniać się, tylko cierpliwie czekać aż się zmęczy?

J: To znowu pytanie, czy umiesz ewangelicznie nadstawić drugi policzek.

Teraz coś zauważyłem: mówisz tak, jakbyś nie miał wyboru. A często masz – w przypadku lania po gębie – choćby walczyć lub uciekać. W przypadku bardziej codziennym – jeśli zarabiasz mniej, niż byś chciał, możesz pozostać przy tym, co masz, poszukać lepszej pracy albo znaleźć dodatkowe zajęcie. Jeśli nie lubisz zmywać, możesz dzielnie stać przy zlewie albo kupić zmywarkę. I tak dalej. Tak, jak powiedziałem przed chwilą, Bóg pozwala na wszystko, co dzieje się w Twoim życiu. Ale z drugiej strony – często to Ty masz wybór. I może chodzi o to, że jeśli już decydujesz się na coś, co uważasz za swoją krzywdę, to potem to powinieneś znosić, a nie marudzić?

K: Kiedy właśnie o tym mówię – czy mając wybór zapobiegać krzywdom, nie powinienem ich znosić cierpliwie? Nie o to tu chodzi?

J: Według mnie nie. Bóg chce każdemu z nas pobłogosławić, a nie zmuszać nas do bycia masochistami.

Ale jest też druga strona tego: szatan działa i chyba do końca życia będą nam różne krzywdy towarzyszyły na każdej drodze, którą wybierzemy. Więc zawsze znajdzie się przestrzeń do cierpliwego znoszenia krzywd. Na przykład, że przy zlewie już nie musisz stać, ale i tak trzeba wyjąć naczynia ze zmywarki i włożyć do niej nowe.

No i jest trzecia strona: święty Ignacy mówił o „obojętności ignacjańskiej”. I, chyba, paru innych świętych też. Chodzi o to, że na pewnym etapie relacji z Bogiem krzywdy nie będą Ci bardzo przeszkadzać. Chyba święta Faustyna, którą w poprzedniej rozmowie wspominałeś, w ten sposób zgodziła się na gruźlicę.

Ten uczynek może nie tylko uczy robienia miłosierdzia, ale też przygotowuje właśnie na tę głęboką relację z Bogiem?

K: W sensie, że znosimy krzywdy, żeby przygotować się na jeszcze większe krzywdy?:P

O to mi chodziło w pierwszym pytaniu – jak leją, to cierpliwym znoszeniem nie będzie przyjmowanie razów, tylko ucieczka i nie wzbudzanie w sobie pragnienia zemsty i nienawiści do krzywdziciela. Tak ja to rozumiem.

Konieczność wyjęcia naczyń ze zmywarki nie jest krzywdą, tylko konsekwencją tego, że wybierasz mieć czyste naczynia.

Jako krzywdę rozumiem jakieś niesprawiedliwe cierpienie. Czy czymś takim jest choroba?

J: A to widzisz, ja bym jednak rozszerzył definicję krzywdy także na konsekwencje decyzji. Bo jeśli mogę robić więcej miłosierdzia widząc więcej krzywd, to czemu tego nie robić?

No a patrząc na choroby – zobacz, większość chorób w tym momencie jest jakoś powiązana ze stylem życia, czyli z wyborem człowieka. Więc przy Twojej definicji – pewnie niewielki ich ułamek by predysponował do cierpliwego znoszenia krzywdy.

K: Znowu się do swojej cukrzycy odwołam – co tu było moją winą? Czego konsekwencją jest? Krzywda, to coś niezawinionego – coś, co nam się nie należało (jak łaska, tylko w drugą stronę:P choć suma summarum z krzywdy też jakieś dobro może wyniknąć).

Może to trochę bezlitośnie, ale jak ktoś dokonuje wyboru, to nie ma co jego konsekwencji nazywać krzywdą. Chyba, że te konsekwencje będą niewspółmierne do czynu – na przykład ktoś kopnie kamyczka, ale złamie przy tym nogę. No to jest już niefart, a nie należna konsekwencja.

J: Mówię – ja się z takim podejściem nie zgadzam. Uważam, że lepiej zauważać więcej, niż mniej okazji do uczynków miłosierdzia. Szczególnie, że skąd tak naprawdę wiesz, co od Ciebie zależy? W czasach Starego Testamentu pewnie Twoja cukrzyca byłaby odczytana jako konsekwencja jakiegoś grzechu Twoich rodziców. Za to wraz z rozwojem nauki za sto lat może się okazać, że faktycznie mogłeś wybrać, jak Twoje zdrowie będzie wyglądało, tylko o tym nie wiedziałeś.

Poza tym nie lubię patrzeć na rzeczy z perspektywy winy – to szatan nas obwinia. Lubię perspektywę – i tu pojawi się słowo, które jakoś cały czas powraca przy kolejnych uczynkach – odpowiedzialności. Na nasz obecny stan wiedzy – nie jesteś odpowiedzialny za to, że masz cukrzycę. Ale jesteś odpowiedzialny za to, co z nią zrobisz i jak z nią przeżyjesz życie.

I wtedy nie ma znaczenia, czy na coś mam wpływ, czy nie – ważne jest, że mogę wziąć za coś odpowiedzialność.

Pamiętasz, moje świadectwo dla Młodych Misjonarzy Miłosierdzia pokazywało jazdę w krakowskim korku na Alejach jako cierpliwe znoszenie krzywdy. Czy moim wyborem jest jazda samochodem? Tak. Czy moim wyborem jest jazda w korku? Też tak, bo w praktyce nie ma co się oszukiwać że nie wiem, jak wyglądają Aleje tuż przed 8. I moim wyborem jest, że zamiast narzekać, że ktoś w zielonej Octavii mi się wrył, a w białym Berlingo stał 10 sekund na zielonym, zanim ruszył ruszeniem, wolę to cierpliwie znosić. Ja tak na to patrzę.

K: Nie jest istotne, jak sprawa wygląda obiektywnie. W uczynku miłosierdzia ważna jest intencja – a ona jest maksymalnie subiektywna. I rzeczy, jakie mnie dotyczą i mają wpływ na moje intencje, też są maksymalnie subiektywne. Więc bez znaczenia, czy kiedyś się okaże, że moja cukrzyca została wywołana przez jakieś moje decyzje. Na tą chwilę uważam, że nie i tak na to reaguję – jako coś, na co nie zapracowałem, a mam. Choć osobiście nie traktuję to jako krzywdę, bo ta choroba miała (i nadal ma) bardzo dobry wpływ na moje życie (w sensie rozwoju).

Wiedząc na co się piszesz, jedyne pretensje o korki możesz mieć do siebie samego:P. Chyba, że nie masz innego wyboru (albo inne wybory są jeszcze gorsze – to inna sprawa).

Zmierzając do podsumowania – co to jest krzywda? Na czym polega cierpliwe jej znoszenie?

J: Definiowanie krzywdy teraz nie ma sensu, bo po prostu obaj patrzymy na nią inaczej. A na drugą część odpowiem niewprost – cierpliwym znoszeniem krzywdy nie jest narzekanie. A więc coś, w czym jako Polacy jesteśmy mistrzami świata.

Kiedyś słyszałem (od o. Tomasza Gałuszki OP, ale nie pamiętam, kto jest autorem oryginalnej definicji), że narzekanie jest antyuwielbieniem Boga. Patrząc przez ten pryzmat wychodzi mi bardzo fajna rzecz: cierpliwe znoszenie krzywd oznacza uwielbianie Boga we wszystkim, co mnie spotyka. Nawet w laniu po gębie (niezasłużonym), korku i chorobie.

K: Dobre! To mi się podoba:). Nadaje większy sens znoszeniu krzywd w cierpliwości – niezależnie od tego, jak się te krzywdy rozumie.

A co ma uwielbienie do miłosierdzia?

J: A musi coś mieć?

K: No rozmawiamy o uczynkach miłosierdzia, a nie tak ogólnie, o wszystkim;).

J: Patrząc na to, co powiedziałem – robienie tego uczynku miłosierdzia pomaga wielbić Boga.

K: Po mojemu – jak każdego uczynku miłosierdzia;). Myślę, że to dobra myśl na zakończenie. Chcesz coś dodać?

J: Tak: że wcześniej nie myślałem o tym, że robienie uczynków miłosierdzia pomaga wielbić Boga. Amen.

Chciałoby się powiedzieć „Alleluja”, ale jeszcze Wielki Post mamy:-).


Jak widzisz, w czasie tej rozmowy pojawiło się parę ciekawych kwestii. Czy coś, na co masz wpływ, jest krzywdą? Czy krzywda musi być niezawiniona? Czy ważne jest spojrzenie subiektywne, czy obiektywne na te kwestie? Jeśli tylko chcesz podzielić się z nami swoimi przemyśleniami na te tematy – zapraszamy do dyskusji!


 

Z Krzychem poznaliśmy się jakieś 9 lat temu i chyba parę osób razem uratowaliśmy za czasów ratowniczych.

Razem ze swoją żoną są ostro zaangażowani w ŚDM i to dzięki nim nagrałem świadectwo na Młodych Misjonarzy Miłosierdzia. To nasunęło mi pomysł, żeby pogadać z Krzyśkiem o uczynkach miłosiernych – bo tego tematu zbytnio nie rozumiem. Krzysiek stwierdził, że sam też nie jest ekspertem i chętnie spróbuje ze mną zgłębić zagadnienie. Tak zrodziły się RoMy – Rozmowy o Miłosierdziu. W ciągu Wielkiego Postu i Okresu Wielkanocnego przedstawimy Wam 14 rozmów, w których będziemy się dzielić naszymi przemyśleniami na temat poszczególnych uczynków miłosiernych względem duszy i ciała.