RoMy #4: Strapionych pocieszać

W naszych Rozmowach o Miłosierdziu dotarliśmy z Krzychem do pocieszania strapionych. Chociaż kiedyś razem intensywnie szkoliliśmy się z pomocy psychologicznej poszkodowanym w wypadkach, ten temat też sprawił nam trudności. Ale nie poddaliśmy się, czego efekty możesz teraz przeczytać.

zdjęcie: pexels.com, CC-0

Krzychu: „Strapiony” to takie oldschoolowe słowo. Jak je rozumiesz?

Janek: Sam jesteś oldschoolowy – teraz się mówi „hipsterskie”. Wydaje mi się, że najbliższe odpowiedniki z mojego codziennego słownika to „zmartwiony” i „przybity”. Sprawdziłem na szybko, że Słownik Języka Polskiego też idzie w kierunku „zmartwionego”, ale podaje też „przygnębiony”.

K: Innymi słowy mówiąc – smutny. Jak pocieszać kogoś takiego? Nie można zastosować starego, sprawdzonego – i jakże męskiego – „nie martw się, nie myśl o tym”?

J: To była rada dla wątpiących, jeśli dobrze pamiętam:-). Tutaj potrzeba raczej „będzie dobrze”. I uczynek miłosierdzia załatwiony, prawda?

K: A jak ktoś nie uwierzy i dalej będzie się martwił?

J: Pech. Jego sprawa. Chyba nie mam bardzo miłosiernego podejścia pod tym względem, prawda?

K: Prawda. Szkoda, że sam to zauważyłeś, bo straciłem wspaniałą okazję do braterskiego napomnienia:P.

Nie wiem jak ugryźć ten uczynek. Niby wszystko jest oczywiste, nie ma o czym gadać. Wydaje mi się, że takie zachowania mamy w jakiś sposób wbudowane w nas – bliskich pocieszamy z automatu. Bardziej czy mniej zręcznie, ale pocieszamy. Co tu jest najważniejsze, według Ciebie?

J: Jak mogłeś zauważyć, nie jestem specjalistą od pocieszania, więc zbytnio się nie wypowiem. Ale jak myślę o sytuacjach, w których pojawia się pocieszanie w Piśmie Świętym, to przypominają mi się obrazy inne, niż pocieszanie w codziennym życiu. W życiu zwykle pociesza się na zasadzie „będzie dobrze, nic się nie stało, telefon kupi się nowy, włosy odrosną a tamten facet to była szmata i dobrze, że z nim nie jesteś”. Myśląc o Biblii, przychodzą mi do głowy raczej stwierdzenia w stylu „Nie płacz, bo Bóg usłyszał Twoją modlitwę”. Może więc pocieszanie jest takie trudne, bo szukamy pocieszenia nie tam, gdzie trzeba?

K: A jest trudne? Teoretycznie, człowiek wierzący, nie powinien być nigdy strapiony, bo jego nadzieja jest zaczepiona w Bogu, a ten nigdy nie zawiedzie. Nie dziwię się, że w PŚ pociesza się w tym stylu. I mi też taka pociecha pomaga;). Gorzej z ludźmi, dla których Bóg i Jego miłość nie są pociechą. Da się im pomóc?

J: Jest trudne. Bo masz pocieszyć kogoś innego, a nie siebie. A, biorąc pod uwagę zadania Chrześcijan, najbardziej masz pocieszać właśnie osoby, które są daleko od Boga i Mu nie ufają, więc miłość Boga nie jest dla nich pocieszeniem w trudnej sytuacji. Z resztą, wielu wierzących pewnie przeżyłoby kryzys wiary, jeśli w sytuacji, gdy mają kredyt we frankach, zwolnili ich z pracy i ukradli samochód, powiedziałbyś im „be happy, Jezus Cię kocha”. Więc odbiję piłeczkę – jak ich pocieszyć?

K: Czemu mam najbardziej pocieszać tych dalej od Kościoła? Wszyscy jednakowo potrzebujemy miłosierdzia, gdzie byśmy nie byli.

Do pocieszania takiego mniej „pobożnego” przychodzą mi do głowy dwie rzeczy. Po pierwsze, to co pisałeś – takie rozumowe udowadnianie, że w zasadzie to się nie ma co trapić. Albo że są super perspektywy na przyszłość, bo cośtam daje nadzieję. To jest o tyle dziurawe, że może się okazać, że sytuacja jest na tyle beznadziejna, że się po prostu nie da. Wtedy przychodzi ta moja druga myśl – pocieszenie przez oferowanie swojej obecności i swojej pomocy, empatia. Niby powiedzenie „współdzielone radości się mnożą, a smutki dzielą” brzmi jak wyjątkowy farmazon, no ale to true story, bro. Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że świadomość, że w swoim utrapieniu nie jestem sam, bardzo pomaga. Świadomość, że ktoś rozumie i choć trochę trapi się ze mną. Dobrze myślę? To może pomóc, Twoim zdaniem?

J: Masz pocieszać tych na obrzeżach Kościoła (albo poza nim), bo, jako Chrześcijanin masz naśladować Jezusa. A On został posłany do tych, którzy są daleko od Boga (Mt 15, 24, Mt 10, 6). Miłosierdzia potrzebujemy wszyscy. Ale czy wszyscy potrzebujemy uczynków miłosiernych?

Jak mówiłeś, to mnie oświeciło. Taki ktoś faktycznie nie zobaczy pociechy w Bogu, ale może zobaczyć ją w tym, że jesteś przy nim w trudnym momencie. A jeśli jesteś – to już pozwalasz Bogu przez siebie oddziaływać na tę osobę. Realizując ten uczynek miłosierny dajesz Bogu dostęp tam, gdzie inaczej by trudno Mu było się dostać. Dlatego teraz, jako warunek miłosiernego pocieszania, nasunęło mi się pozwolenie Duchowi Świętemu, żeby w Tobie działał w tym momencie.

Jak się nad tym zastanawiam, to ja często pocieszanie zaczynam od modlitwy bo wiem, że z moją empatią nie jestem w tym mistrzem. Ale jeśli mi się uda kogoś pocieszyć, to jakoś już nie mam pokory żeby powiedzieć, że ja tu tylko pośredniczyłem. A może to jest zarąbisty model ewangelizacji?

K: Czyli w uczynkach miłosierdzia pomijamy wierzących? Wiedzą o miłosierdziu Boga, naszego już im nie trzeba?:P

Na dobrą sprawę każdy z uczynków, o których wcześniej rozmawialiśmy, może być rozumiany w ten sposób. Ogólnie wydaje mi się, że dla wielu osób możemy być jedyną drogą, przez którą objawi im się Bóg. A żeby Bóg się komuś objawił, to on musi doświadczyć miłości/miłosierdzia. Bo skoro Bóg jest miłością, to jakże inaczej mógłby się dać poznać?

Nie mniej daje nam to nowy sposób patrzenia na uczynki miłosierdzia – co powiesz na taką quasi-definicję „Boże czyny czynione naszymi rękami”?

J: Nie, nie pomijamy wierzących. Ale nie koncentrujemy się na nich i nie stawiamy ich w centrum naszego zainteresowania. Chociaż, w stosunku do tego, co wcześniej napisałeś… Jeśli ktoś naprawdę wierzy i Bóg JEST jego radością, to nie jest mu potrzebne ludzkie pocieszanie. Może podobnie – jeśli już wiesz, że masz miłosierdzie Boga, to nie potrzebujesz go od ludzi? Popatrz na świętych – w tym momencie nasuwa mi się Teresa z Avila, Jan Bosco i Faustyna. Ludzie im dawali złe rady, dobijali, a nie pocieszali, nie wybaczali im, ale im to nie przeszkadzało.

Co do definicji, to muszę ją trochę przetrawić. Ale ważna rzecz mi się nasunęła. Trzeba dobrze wiedzieć, gdzie jest moje miejsce w tym wszystkim. Tak, jak Jan Chrzciciel mówił, że on jest tylko głosem (J 1, 23). Moją rolą, jako pocieszającego, jest w sumie tylko otworzenie drugiego człowieka na Boga. W retoryce sił specjalnych – mam założyć ładunek plastrowy, odstrzelić zamki, wywarzyć drzwi. Może jeszcze wrzucić błyskodymkę (chociaż nie wiem, czy to i odpalenie ładunku już nie powinno należeć do anioła). Ale jak to zrobię, to mam odsunąć się i dać Bogu wejść pierwszemu, żeby mógł zrobić swoje. Żeby – tak, jak napisałeś – strapiony mógł poznać Boga. Ja nie mogę Go zasłaniać.

Ale to, co najważniejsze wyszło według mnie w ciągu ostatnich minut: tak, jak poprzednio doszliśmy do nowej definicji wątpiącego, tak dzisiaj odkrywamy, że strapiony to nie jest ktoś, kto się martwi albo smuci tylko ktoś, kto nie widzi swojego szczęścia w Bogu. Teraz cała sprawa wygląda inaczej, prawda?

K: Prawda. Nasze zadanie w tym momencie wydaje się z jednej strony ciężkie, bo wcale nie tak łatwo mówić komuś o Bogu, ale z drugiej strony nieco łatwiejsze – bo to Bóg robi prawdziwą robotę i – jakby na to nie patrzeć – odpowiedzialność za skutek spada na Niego;).

To teraz kluczowe pytanie – jak my mamy te drzwi wyważać, zamki odstrzeliwać? Jak szykować miejsce Bogu w kontekście osoby strapionej?

J: Jak otwierać drogę? Nie wiem, jeśli pytasz mnie ogólnie. Za to w tym, co powiedziałeś, widzę jedną pułapkę. Wcześniej mówiliśmy o tym, że jak powiesz strapionemu, że Bóg jest z nim, to możesz nie odnieść sukcesu. Żeby zrobić Bogu przejście, wcale nie musisz mówić o Nim.

K: O to pytam – jak to zrobić?

J: Tak, jak powiedziałem: nie umiem tego powiedzieć na poziomie ogólnym. Jak kiedyś będziesz strapiony to powiedz mi i zobaczymy, co zrobię.

K: No to jak to Czytelnikom pomoże?:P

J: Bo może sami wpadną na jakiś dobry pomysł:-). Słuchaj, chciałem się teraz wymigać stwierdzeniem, że nie jestem specjalistą i… zobacz, jak Kościół definiował uczynki miłosierne, to nie istniała psychologia. I (chyba) Ewagriusz definiował acedię jako jednego z duchów zła (czyli tego, co dzisiaj rozumiemy jako grzechy główne). Teraz psychologia się rozwinęła i to, co przez wieki było acedią, teraz nazywamy często depresją. I jest to strapienie zgodnie z definicją, którą przyjęliśmy. Nie jest więc tak, że tym uczynkiem miłosierdzia powinni się dzisiaj zajmować tylko specjaliści, bo ja mogę co najwyżej zaszkodzić swoim „nie martw się, będzie dobrze”?

K: Ale chyba nie jest tak, że Ania nie może nigdy liczyć na jakiekolwiek pocieszenie z Twojej strony? Działające, rzecz jasna. Poza tym w Dzienniczku siostry Faustyny czytamy, że Pan Jezus wręcz żąda czynienia uczynków miłosierdzia – żądałby od nas rzeczy, do których rzekomo nie mamy predyspozycji?

J: To już pytaj Ani, czy dobrze że pocieszam, czy lepiej, żebym się od tego wstrzymywał:-). Idąc tą logiką – to w takim razie powinienem próbować kogoś z depresją pocieszać jak umiem a nie doradzić mu, żeby poszedł do specjalisty, bo przecież Jezus nie podsunąłby mi tego (sorry, ale nie powiem, że Bóg czegokolwiek żąda od człowieka, to my zawsze mamy wybór) jakby mnie to przerastało? W takim podejściu coś mi nie gra.

K: A czy pocieszanie wyklucza się z poradą?

Co do żądania, nie mój pomysł:P .

Żądam od ciebie uczynków miłosierdzia, które mają wypływać z miłości ku Mnie. Miłosierdzie masz okazywać zawsze i wszędzie bliźnim, nie możesz się od tego usunąć ani wymówić, ani uniewinnić. (Dz. 742)

J: No tak, ale to było do Faustyny i w ogóle… Nieważne. Poza tym w tej wypowiedzi nie ma sprecyzowane, że wymaga wszystkich. Może więc powinienem skupić się na tych, które mi wychodzą, a zamiast tego pocieszania – wybrać uczynek doradzenia, a pocieszenie zostawić profesjonalistom? Żeby nie ryzykować, że ja jeszcze pogorszę stan kogoś na granicy depresji albo poza nią?

K: A czy wszyscy strapieni cierpią na depresję? Do pocieszenia trzeba empatii i miłości (która, z resztą, implikuje empatię), a nie doktoratu z psychologii. Tak samo możesz powiedzieć, że jak nieumiejętnie napomnisz grzeszącego, to mu pogorszysz i zacznie grzeszyć jeszcze bardziej. Nawet w sytuacji wymagającej specjalisty – czy pociechą nie będzie na przykład „spróbuj poszukać pomocy u fachowca? Wielu to pomogło”? Danie nadziei na wyleczenie nie jest pociechą?

Teraz mi przyszło do głowy – pocieszenie to nic innego, jak wzbudzenie nadziei na to, że gdzieś na końcu wszystkich strapień czeka szczęście. I nadziei na to, że wszystkie strapienia mają swój kres.

J: Nie, nie wszyscy. Ale tak, jak mówiłem wcześniej – może właśnie w odniesieniu do acedii został sformułowany ten uczynek? A nawet jeśli nie, to depresja jest co prawda skrajnym, ale też coraz częściej występującym rodzajem strapienia.

A z nadzieją… może w tym coś być. Czyli ustaliliśmy, że pocieszanie ma sprawić, że strapiony będzie miał nadzieję, że kiedyś jego strapienie się skończy i otworzyć Bogu drogę do działania w takiej osobie, dobrze pamiętam?

K: Bardzo dobrze :) Ale w podsumowaniu nie można pominąć jednej rzeczy, w chrześcijaństwie niepomijalnej. Miłość. Miłość jest najważniejsza;).


Nie wiem, czy to był dobry pomysł, żeby dwóch facetów o twardych karkach rozmawiało o pocieszaniu. Dlatego jeśli możesz coś dołożyć do naszej dyskusji – czekamy na Twoje komentarze.


Z Krzychem poznaliśmy się jakieś 9 lat temu i chyba parę osób razem uratowaliśmy za czasów ratowniczych.

Razem ze swoją żoną są ostro zaangażowani w ŚDM i to dzięki nim nagrałem świadectwo na Młodych Misjonarzy Miłosierdzia. To nasunęło mi pomysł, żeby pogadać z Krzyśkiem o uczynkach miłosiernych – bo tego tematu zbytnio nie rozumiem. Krzysiek stwierdził, że sam też nie jest ekspertem i chętnie spróbuje ze mną zgłębić zagadnienie. Tak zrodziły się RoMy – Rozmowy o Miłosierdziu. W ciągu Wielkiego Postu i Okresu Wielkanocnego przedstawimy Wam 14 rozmów, w których będziemy się dzielić naszymi przemyśleniami na temat poszczególnych uczynków miłosiernych względem duszy i ciała.