RoMy #3: Wątpiącym dobrze radzić

W rozmowie z drugim człowiekiem fajne jest to, że nigdy nie wiesz, co się stanie w jej trakcie. Jak zobaczysz za chwilę, w czasie rozmowy o dobrym radzeniu wątpiącym wiele razy z Krzychem zmienialiśmy fronty i perspektywę, żeby choć trochę zrozumieć ten uczynek. Dlatego nie przeraź się objętością tego tekstu, zarezerwuj sobie z 15 minut i, jak go przeczytasz, podziel się z nami przemyśleniami, jakie się w Tobie zrodziły w czasie czytania.

wątpliwość; zdjęcie: sachomascho@flickr.com, CC-BY,SA

Janek: Ten uczynek wydaje mi się inny niż dwa, o których rozmawialiśmy wcześniej. Poprzednio nacisk był położony na to, żeby podjąć działanie – upominać lub pouczać. Tutaj Kościół podkreśla, że mam nie tylko radzić, ale mam to zrobić dobrze. A skąd mam wiedzieć, czy moja rada jest dobra?

Druga rzecz: w ogóle jakoś mi się to nie zgrywa. Wątpiącym radzić? Czy wątpiącego nie trzeba raczej podnieść na duchu, pokazać mu nowej perspektywy, a nie udzielić mu konkretnej, dobrej rady?

Krzychu: A skąd masz wiedzieć, że Twoje pouczenie czy napomnienie jest dobre? Nie radzisz na ślepo, doradzasz z wykorzystaniem całej swojej wiedzy i swojego doświadczenia – innymi słowy mówiąc, najlepiej jak potrafisz. Przyszło mi do głowy, że to słówko „dobrze” (chyba przysłówek, ale nie jestem pewien) wskazuje też na to, żeby to nie były takie rady na odczep się. Przykład (zapożyczony od Marka Gungora) – żona coś przeżywa, martwi się i ciągle o tym mówi, natomiast mąż daje jej najlepszą radę ze swojego repertuaru: „Olej to. Po prostu o tym nie myśl”. Po czym wraca do oglądania meczu z poczuciem dobrze wykonanego, miłosiernego obowiązku Czy to jest dobra rada? Śmiem wątpić.

Wraca to jak mantra – jeżeli rady dajesz z autentyczną chęcią pomocy drugiej osobie, to nie będziesz strzelał na ślepo. Jak będziesz potrafił doradzić, zrób to. Jak nie będziesz do końca pewien, czy to zaskoczy – powiedz to. Działaj. Moje krótkie doświadczenie małżeńskie mówi mi, że podjęcie jakiegokolwiek działania, byle z dobrą intencją, już jest pomocą i wsparciem dla drugiej osoby. Jeżeli z żoną działa, to czemu z innymi by nie miało działać?;)

Wątpiącego w tym wypadku rozumiem nie jako osobę, która się martwi na przykład czy coś się uda, tylko jako osobę na rozdrożu – nie wie co wybrać i waha się pomiędzy różnymi opcjami. I to na różnych poziomach – od rozsądzenia czy śmietana 12% czy 18%, przez wybór studiów, po decyzję o ślubie. W takich sytuacjach dobre rady są jak najbardziej na miejscu.

Tak mi się nasunęło – nie wydaje Ci się, że udzielając rady bierzemy w jakiś sposób odpowiedzialność za ciąg dalszy? To znaczy – jeżeli ktoś po naszej rekomendacji wybierze jakąś drogę, to staje się to jakby naszą sprawą?

J: Parę wątków się pojawiło, więc trochę przyhamuję naszą rozmowę, żeby wszystko się nie pomieszało.

Patrząc na nasze poprzednie rozmowy zastanawiam się, czy w ogóle kluczem łączącym uczynki miłosierne nie jest wzięcie odpowiedzialności za drugą osobę. W sumie Bóg bierze odpowiedzialność za tych, dla których JEST Miłosierny – czyli za nas. Do tego stopnia, że z tej odpowiedzialności pozwolił się zabić i zszedł aż do Szeolu. A w przypowieści o miłosiernym ojcu, to ojciec wybiega na spotkanie powracającego syna i nie pozwala mu się nazwać najemnikiem, czyli bierze odpowiedzialność za kogoś, kogo powinien dużo wcześniej wyrzucić z domu. To jest działanie Boga.

Tak więc dobra rada powinna być stwierdzeniem „pójdę w to z Tobą”, a nie „zrób to i wreszcie daj mi spokój”.

K: Jak mówi moja timliderka – correct. Miłosierdzie nierozłącznie związane jest z miłością, a czymże jakąś radę, w sumie nawet nie przemyślaną, i niech ktoś się męczy z konsekwencjami. W końcu to on podejmuje ostateczną decyzję. Wygodne, ale mało miłosierne. W ogóle wydaje mi się, że miłość mało ma wspólnego z wygodą;).

Tutaj ciekawostka: ks. Węgrzyniak daje prostą wskazówkę, jak odróżnić miłość od miłosierdzia – ożeniłeś się z miłości, czy z miłosierdzia?:P

J: Myślę, że z miłości. A jaka ta wskazówka?

K: No właśnie odpowiedź na to pytanie. To anegdotka, taka na marginesie.

J: Nie załapałem. Poza protokołem musisz pouczyć nieumiejętnego… Ale, jak mawiał klasyk, przejdźmy do ad rem i vice versa, chociaż zostaniemy w temacie małżeństwa.

Sam wczoraj udzieliłem żonie rady „Olej to. Po prostu o tym nie myśl” i uważam, że była bardzo dobra w tej sytuacji. I sam też olałem tę sprawę i o niej nie myślałem, więc warunek odpowiedzialności został spełniony:-).

Ale na serio: udzielenie dobrej rady w kontekście tego, co piszesz, wydaje się być ekstremalnym wyzwaniem. Mam udzielić rady – i to dobrej – innej osobie. Osobie, która ma inny temperament, inne cechy fizyczne i psychiczne, inny bagaż doświadczeń, niż ja, może inaczej patrzeć na świat, wierzyć w co innego, ma inną pracę, inaczej spędza wolny czas i tak dalej. Karkołomne. W ogóle wiele razy, gdy chciałem komuś doradzić, słyszałem odpowiedź, że w mojej sytuacji to łatwo mówić albo że w ogóle nie rozumiem, co się stało. Chociaż byłem absolutnie przekonany, że naprawdę wskazuję komuś jeden ze sposobów na rozwiązanie problemu. Co w takiej sytuacji powinien zrobić ktoś, kto chce miłosiernie doradzić wątpiącemu? Jak doradzić dobrze, skoro radzę osobie zupełnie innej, niż ja?

A bardziej filozoficznie – czy tak naprawdę jedyną radą, jaką mogę komuś udzielić, nie jest „ja w tej sytuacji bym zrobił tak” lub „ja bym raczej tak nie zrobił”?

K: Nikt nie powiedział, że dawanie rad jest proste. Ani że każda rada będzie przyjęta. Też już słyszałem, że ja widzę rzeczy tylko ze swojej perspektywy. Dla mnie to jest oczywiste – bo z czyjej mam je widzieć? Mogę próbować wczuć się w czyjąś sytuację, ale nie zmieni to faktu, że dalej jestem sobą i widzę rzeczy po swojemu. Oczywiście w niczym nie zaszkodzi mówienie, że ja bym tak zrobił. Oczywiście, o ile faktycznie byśmy tak zrobili na czyimś miejscu;). No, ale czy własna perspektywa odbiera zdolność dawania rad, które mogą pomóc też innej osobie? No nie. Poza tym – dobrą radą będzie nie tylko przedstawienie gotowego rozwiązania, ale już zwrócenie uwagi na ważne kwestie z tym związane. One są obiektywne;) I bezpieczniejsze. Przykład – jak ktoś szuka pracy, to dobrą radą będzie zwrócenie jego uwagi na lokalizację czy na opinie o pracodawcy w Internecie. W mojej opinii już to będzie uczynkiem miłosierdzia. Dajemy wędkę, nie rybę. Co, rzecz jasna, nie znaczy, że czasem gotowa ryba nie będzie lepszym rozwiązaniem dla kogoś.

J: Te „ważne kwestie” też nie są takie obiektywne. Jesteśmy po prostu różni. W tej samej sytuacji jeden będzie wolał rybę, drugi wędkę, a trzeci też wędkę, ale będzie domagał się ryby, bo akurat tak mu się wydaje… Ale naszła mnie inna myśl, w świetle której udzielanie rady wyglądałoby inaczej.

Chyba zgadzamy się co do tego, że różnice pomiędzy nami utrudniają dawanie rad. Ale może patrzymy tak tylko dlatego, że zostaliśmy już wychowani w kulturze niepowtarzalnych indywidualistów? Może w tym uczynku miłosiernym Kościół puszcza oko w kierunku takiego podejścia i mówi „Tak, jesteś jedyny w swoim rodzaju i nikt inny nie stoi przed misją, przed którą Bóg Cię postawił. Ale codzienne problemy masz takie, jak inni. A my mamy sposoby radzenia sobie z tymi problemami zweryfikowane przez dwa tysiące lat Chrześcijaństwa i kolejne parę tysięcy lat Judaizmu. Możesz z nich skorzystać, zamiast wywarzać otwarte drzwi”.

K: Albo jeszcze inaczej – może rozwiązanie Twojego problemu jest banalnie proste, ale trzeba spojrzeć na niego z innej perspektywy? Ja mam tą inną perspektywę niż Ty, więc może akurat się uda. Patrząc na to w ten sposób, różnice między nami mogą pomagać w dawaniu rad. Ogólnie jestem zdania, że fakt, że się od siebie różnimy, jest wielkim błogosławieństwem od Pana Boga.

Ważne kwestie nie są obiektywne, ale wiele z nich się jednak u zdecydowanej większości powtarzają. Takie smaczki, to już trzeba indywidualnie. Wtedy będzie jak z pouczeniem – spersonalizowane rady działają lepiej. Nie mniej mnóstwo kwestii jest wspólnych – jak sam to z resztą przyznałeś w drugiej części swojej wypowiedzi;).

Pomyślałem sobie, że w poprzednich rozmowach brakło nam poszukania technicznych wskazówek napominania bądź pouczania. Może teraz to nadrobimy. Jak, Twoim zdaniem, powinna być udzielana rada, żeby ktoś nie poczuł się głupszy?

J: Przecież dawaliśmy wskazówki techniczne – sam mi mówiłeś, że pouczenie ma inspirować.

Jeśli chodzi o radzenie wątpiącym, to dużo wskazówek jest zawartych w samej nazwie tego uczynku.

Po pierwsze: dotyczy wątpiących. To trochę inna sytuacja, niż dwa uczynki, o których dotychczas rozmawialiśmy. Łatwo jest zauważyć, że ktoś jest nieumiejętny. W niektórych przypadkach łatwo też stwierdzić, że ktoś popełnia grzech. Odkrycie, że ktoś jest wątpiący, że ma jakiś dylemat – jest o wiele trudniejsze. I to jest pierwsza wskazówka, że żeby pomóc wątpiącemu, musisz pozwolić wątpiącemu odkryć jego wątpliwość. Czyli wejść z nim w bliską relację i zdobyć jego zaufanie.

Dopiero jak odkryjesz, że ktoś jest wątpiącym, możesz mu doradzić. I, jak wskazuje nazwa uczynku, ma to być rada. I tylko rada. Pokazanie opcji. Pomoc w przyjęciu pewnej perspektywy. Ja chyba mam z tym duży problem. Decyzja zawsze leży po stronie wątpiącego. Ja preferuję raczej krótki model komunikacji i często porada ode mnie brzmi np. „zadzwoń do XXX”. I, chociaż oczywiście mam na myśli „jakbym był w Twojej sytuacji to prawdopodobnie bym teraz zadzwonił do XXX, ale nie jestem Tobą i możesz, oczywiście, zrobić zupełnie inaczej”, często jestem postrzegany jako ktoś, kto narzuca swoją wolę i jest despotą, który nie dopuszcza dyskusji. I w niektórych osobach tylko to – sposób, w jaki przekazuję radę – wyzwala blokadę, która nie pozwala jej rozważyć.

Myślę, że to, co opisałem, jest niebezpieczeństwem czyhającym na doradzających mężczyzn. Ale wiem też, że na kobiety też jest zastawiona pułapka – użalanie się nad wątpiącym. Użalanie nie jest radą. Podobnie jak obwinianie o to, że doprowadził do sytuacji, w której ma wątpliwości. Jako przeciwstawienie temu: rada ma w sobie coś konkretnego, jest mocno umocowana w sytuacji, w której jest wątpiący i kieruje w kierunku przyszłości, a nie przyszłości.

Dodasz coś od siebie?

K: Pełna zgoda – to, że ktoś jest wątpiącym niełatwo dostrzec, i choć są ludzie wątpiący ostentacyjnie, to jednak większość trzeba już trochę znać. I faktycznie, spotkałem się już z alergicznymi reakcjami na takie bezpośrednie zwroty. To też może budzić opór, bo nie zawiera uzasadnienia – skąd wątpiący ma wiedzieć, że to jest faktycznie dobra rada, a nie Twoje widzi mi się rzucone na odczep się? Choć to na pewno zależy od odbiorcy. No, i wracamy tu trochę do wędki i ryby;).

A spróbujmy zobaczyć rzecz z drugiej strony – jakie rady lubisz dostawać?

J: Żadnych, przecież poradzę sobie:-).

A serio – wydaje mi się że takie przy których widzę, że radzący we mnie wierzy. Rady, których nie odbieram jako „przecież tego sam nie zrobisz, tu masz sposób”, tylko które niosą z sobą przekaz „to jest trudne, ale pewnie sobie poradzisz, a na wszelki wypadek tu masz wskazówki, które mogą Ci pomóc”. Może to jest kolejna rzecz, która jest ważna przy dawaniu dobrej rady: trzeba wierzyć, że ten wątpiący jednak da sobie radę.

K: No, słowa „można to zrobić tak, ale przecież nie dasz rady” nie brzmią pomocnie;). Teraz mi przyszła do głowy rzecz mocno związana z wiarą w drugą osobę – rada powinna uwzględniać możliwości wątpiącego. Czyli – widzę sprawy z mojej perspektywy, ale dostosowuję radę do jej adresata. Co Ty na to? W sumie to chyba oczywiste, ale o oczywistościach też warto mówić;).

J: Szczerze, mam mieszane uczucia co do takiego stwierdzenia, ale może to wynika z różnic słownikowych. Intuicyjnie wydaje mi się, że rada powinna być dostosowana do potencjału wątpiącego. Może bardziej powinna właśnie motywować, niż być konkretnym rozwiązaniem. Szczególnie, że ktoś wątpiący może mieć zaniżoną samoocenę i uważać że może mniej, niż może naprawdę.

Na przykład jakby jakiś zasiedziały przed komputerem nerd powiedział Ci „przebiegnę maraton”, to z punktu widzenia jego możliwości rada powinna brzmieć „Odpuść sobie, nie dasz rady. Przecież dostajesz zadyszki wychodząc na półpiętro do windy”. Z punktu widzenia potencjału „No, jeśli chcesz to zrobić w tym roku, to najwyższa pora wziąć się za treningi. Akurat idzie wiosna, więc pogoda będzie sprzyjała Twoim przebieżkom”.

Odniesienie do potencjału i wiara w wątpiącego nasunęły mi coś, co chyba nam umknęło w trakcie poprzednich rozmów. Bycie miłosiernym to nie jest coś, co się „robi”. To jest naśladowanie Boga, który JEST Miłosierny. Tak więc szukając technicznych wskazówek co do tego, jak wykonywać uczynki miłosierne, może powinniśmy popatrzeć, jak On je robi?

W kwestii doradzania, pod tym względem kojarzą mi się dwie rzeczy: Pwt 11. 26 („kładę dziś przed wami błogosławieństwo i przekleństwo”) i Syr 15, 16-17 („Położył przed tobą ogień i wodę, co zechcesz, po to wyciągniesz rękę. Przed ludźmi życie i śmierć, co ci się spodoba, to będzie ci dane”). Obydwa te fragmenty pokazują, że Bóg ze swoją radą się nie narzuca – pokazuje opcje, ewentualnie pokazuje konsekwencje wyboru każdej z nich (tego już nie cytowałem, ale jest to dalej dokładnie opisane w Księdze Powtórzonego Prawa), ale daje też jasny sygnał, że to po stronie człowieka leży wybór i nikt go w tym nie zastąpi. I takie danie wyboru pokazuje też, że Bóg wierzy w człowieka, który sam ma wybierać nawet w tak ważnych sprawach, jak życie i śmierć.

K: Bomba, to mi się wydaje takie mega uczciwe, takie pokazywanie możliwości i konsekwencji wyborów. Bo wątpiący sam dokona wyboru – czy to będzie w 100% jego wola, czy zasugeruje się kimś innym – decyzja i odpowiedzialność za nią należą do niego. W przykładzie z nerdem widać fajną różnicę między tymi dwoma radami – pierwsza każe mu zrezygnować z marzenia, natomiast druga wskazuje co zrobić, żeby je zrealizować. Myślę, że intuicyjnie łapiemy, która z tych rad jest dobra, czyli która będzie tym uczynkiem miłosierdzia. To chyba będzie dla mnie pointą tej rozmowy – że dobra rada będzie uwzględniała wszystkie opcje z ich konsekwencjami. Możemy subiektywnie wskazać co byśmy wybrali, ale tak jak Bóg – bez wywierania presji na konkretny wybór.

Chciałbyś coś dodać?

J: Oczywiście, dopiero się rozkręcam:-). Wcześniej napisałeś, że wątpiący to ktoś na rozdrożu. W świetle ostatnich minut naszej rozmowy stwierdzam, że chyba dobrą definicją wątpiącego dla mnie jest „ktoś, kto nie potrafi podjąć decyzji”. W sensie prawdziwej decyzji – czyli takiej z konsekwencjami. A dobrą radą jest taka, która pomaga mu podjąć tę decyzję. Ale nie w sensie pokazuje lepszą opcję, tylko uzdalnia go do samodzielnego podjęcia decyzji.

Patrząc na Boga, widzę jeszcze jedną wskazówkę co do dawania rady. Tak, jak pisałeś, decyzja i wybór należą do wątpiącego. I, jeśli ktoś wybierze inaczej, niż mu doradzaliśmy, jako ludzie często uruchamiamy tryb „jakbyś mnie posłuchał, to by tak nie było, a teraz to masz”. Co robi Bóg?

Praktycznie cały Stary Testament od Księgi Wyjścia wzwyż opisuje, jak Izraelici wybierali przekleństwo. A Bóg cały czas posyłał do nich proroków, jak pozwolił im na przesiedlenie do Babilonu – to zesłał Dariusza, który pozwolił im wrócić i odbudować Jerozolimę i tak dalej. Aż w końcu posłał Jezusa, żeby nas wszystkich odkupić.

Dwa tygodnie temu na rekolekcjach w Czernej usłyszałem fajne porównanie od o. Karola Karbownika OP: „Bóg jest jak GPS. Jak Go nie posłuchasz i wybierzesz własną drogę, to On przeliczy trasę i znowu będzie Ci wskazywał drogę do siebie”. I, chociaż nie mam takiego zaufania do GPSu, w stosunku do Boga się z tym zgadzam. I może to jest kolejna rzecz, którą powinniśmy uwzględnić przy miłosiernym doradzaniu wątpiącym: być zawsze gotowym, żeby pomóc takiej osobie podjąć kolejną decyzję.

K: Ja bym to określił jednym słowem – miłość;). Bo jak ktoś wybierze inaczej, ja to uszanuję. I po czymś takim nie przestaję kochać tej osoby, tylko przecież dalej chcę dla niej szczęścia – więc nadal daję rady najlepsze, na jakie mnie stać. To ma sens i zdecydowanie jest ważne w tym uczynku. Bo przecież nie radzimy po to, żeby ktoś nam coś zawdzięczał albo dla własnego fejmu, tylko żeby pomóc. Jeżeli potem pomoc znowu/nadal jest potrzebna, to ja znowu/nadal jej udzielam.

Dobry przykład z tym GPSem – nie obraża się, tylko pomaga dalej. Nawet Krzysztof Hołowczyc w jednym z programów do nawigacji mówił, że oblicza nową trasę i że ona na pewno będzie jeszcze lepsza;).

Czyli – znowu wracamy do miłości. Jak się chce być miłosiernym, to innej opcji nie ma;).

J: A patrząc z innej perspektywy – czy można robić uczynki miłosierne i nie być miłosiernym? Na przykład jak komuś dobrze radzę po to, żeby dał mi spokój? Trochę nasuwa mi się tutaj przypowieść o natrętnej wdowie (Łk 18, 1-8) albo natrętnym przyjacielu (Łk 11, 5-8), chociaż zwykle patrzy się na nie pod innym kątem.

K: No właśnie, kontekst jest inny. Ustaliliśmy już wcześniej, zdaje się, że żeby uczynek faktycznie był miłosierny, to czyniący go musi mieć miłosierną intencję. Bo możesz komuś coś doradzić, nawet dobrze – byle tylko dał Ci spokój i nie zawracał więcej głowy. Czy to będzie z miłości? A przecież tylko miłość powinniśmy mieć dla drugiego człowieka.

J: Ale efekt będzie taki sam, jak uczynku z miłości. Albo i lepszy, bo może uniknie się użalania nad wątpiącym.

K: Ustaliliśmy – to nie efekt jest najważniejszy. Pomoc też można rzucać człowiekowi w twarz tak, że czuje się upokorzony, że musi z niej korzystać.

Myślę, że o dobrych radach dla wątpiących już wystarczy. Podejrzewam, że mało który czytelnik dotrze aż tutaj – co najwyżej jakiś miłosierny, który pochyli się nad naszym trudem z miłością;).

Jakie wnioski zatem – radzimy korzystając z całej naszej wiedzy i doświadczenia, nie narzucamy naszego rozwiązania, nie obrażamy się, jak wątpiący wybierze inaczej (nawet, jak przyszłość pokaże, że nasza opcja była lepsza), radę dostosowujemy do możliwości odbiorcy. Coś pominąłem?;)

J: Rety, Twoje ostatnie zdanie brzmi jak opinia jakiejś kongregacji watykańskiej i powinna się kończyć „Magna et Multum Misericors Inquisitor Krzychu”. Ja po prostu bym powiedział, żeby nie patrzeć na to, co tutaj napisaliśmy, tylko obserwować, jak doradza Bóg i Go w tym naśladować.


Jak widzisz, ta dyskusja trochę potrwała i ciężko powiedzieć, żebyśmy ostatecznie ją zakończyli. Dlatego czekamy na Twoje komentarze i przemyślenia na temat wątpiących i tego, jak im dobrze radzić. Będziemy bardzo wdzięczni.


 

Z Krzychem poznaliśmy się jakieś 9 lat temu i chyba parę osób razem uratowaliśmy za czasów ratowniczych.

Razem ze swoją żoną są ostro zaangażowani w ŚDM i to dzięki nim nagrałem świadectwo na Młodych Misjonarzy Miłosierdzia. To nasunęło mi pomysł, żeby pogadać z Krzyśkiem o uczynkach miłosiernych – bo tego tematu zbytnio nie rozumiem. Krzysiek stwierdził, że sam też nie jest ekspertem i chętnie spróbuje ze mną zgłębić zagadnienie. Tak zrodziły się RoMy – Rozmowy o Miłosierdziu. W ciągu Wielkiego Postu i Okresu Wielkanocnego przedstawimy Wam 14 rozmów, w których będziemy się dzielić naszymi przemyśleniami na temat poszczególnych uczynków miłosiernych względem duszy i ciała.