RoMy #15: BONUS

Janek: Czy coś zwróciło Twoją szczególną uwagę w odpowiedziach nadesłanych na konkurs?

Krzychu: Tak – ktoś czyta te nasze rozmowy kierując się miłosierdziem:P. To miłe:P.

J: A skąd wiesz, że czytelnicy kierują się miłosierdziem?

K: Nie wiem, ale zakładam, że jak ktoś pisze o uczynku miłosiernym „blogującym komentować”, to skąd mu się wzięło, że w ten sposób można blogerowi okazać miłosierdzie. Może nadinterpretuje, ale to pierwsze, co mi się rzuca tak z perspektywy czasu.

komentarz Marcina

J: Ech, widać, że sam nie blogujesz:-).

K: Hola hola! Blogowałem w gimnazjum, co mi z resztą żona ostatnio przypomniała:P. Nawet na ostatnim roku studiów założyłem bloga specjalistycznego (o programowaniu), ale skończyło się po jednym wpisie. Choć nie powiem, miał trochę wejść, gdy znikał z sieci:P.

J: I nie było Ci fajnie, jak ktoś komentował? O ile komentowali…

K: Nikt nie komentował, więc nie wiem. Choć jak widzę dużą część komentarzy w sieci, to raczej niekoniecznie jest miło.

J: OK, ale na początku rozmowy sam powiedziałeś że to miłe, że ktoś to czyta:-).

Dla mnie komentarz na blogu to znak, że mój tekst na tyle oddziaływał na czytającego, że postanowił coś po sobie zostawić. I (pomijając oczywiste hejty, których na szczęście jeszcze nie miałem i które nie są pisane z nastawieniem miłości) nie ma dla mnie znaczenia, czy ktoś się ze mną zgadza, czy mówi, że napisałem bzdury – fajnie jest taki sygnał odebrać. (uwaga dla czytelników: tak, będzie mi miło, jeśli skomentujecie tę rozmowę, np. podsumowując swoje całościowe wrażenia na temat RoMów). Ponieważ moim celem przy tworzeniu bloga było podzielenie się moim światopoglądem i stworzenie przestrzeni do dyskusji o rzeczach dla mnie ważnych – jest to tym bardziej fajne, że ktoś może moje przemyślenia zweryfikować.

Dla początkujących blogerów ten uczynek ma też dwa dodatkowe aspekty: po pierwsze, zwykle komentarz pozwala dotrzeć do wpisu większej liczbie osób. Po drugie, pomaga doskonalić warsztat (chociaż to może podchodzić pod pouczanie nieumiejętnych).

Więc według mnie, dopóki ktoś nie uprawia hejterstwa, komentowanie blogera może być uczynkiem miłosiernym, płynącym z miłości do osoby po drugiej stronie monitora.

K: To znaczy albo „nieumiejętnych pouczać”, albo „chwalić zasługujących” (może taki uczynek powinien zostać dodany?). Ale nigdy „głupszych hejtować”.
Nie jestem pewien, ale chyba nie ten uczynek mieliśmy obgadać;).

J: Nie, według mnie nie powinno być „chwalenia zasługujących” – w końcu Ewangelia daje jasne wytyczne do zastosowania „metodyki wojskowej”: „słudzy nieużyteczni jesteśmy…”.

A przechodząc do propozycji nagrodzonych – za najciekawsze uznaliśmy uczynki związane z wyciąganiem ludzi ze świata wirtualnego w rzeczywisty… Myślisz że to przez to, że obaj lubimy czasem w coś zagrać?

komentarz Kulki komentarz Piotra Koniecznego

K: Irytuje mnie takie podejście – jak coś jest ok, to się nic nie mówi, bo tak ma być. Natomiast jak jest źle, to olaboga, katastrofa. Pan Jezus jakoś nie wahał się pochwalić ubogiej wdowy czy Zacheusza, jak szlachetnie postąpili.

Wydaje mi się, że obaj wskazaliśmy na takie uczynki, bo po prostu są ludzie, którzy mają taki problem, i miłosiernym będzie im pomóc;). Kulka fajnie wskazała (bądź wskazał), że oglądając świat wyłącznie przez przeglądarkę, można mieć ultra fałszywy obraz tego, jak on wygląda. I nie raz wpaść w kompleksy albo przygnębienie.

J: Wskazała – adresowałem kopertę z nagrodą:-).

Jak tak to opowiedziałeś, to widzę lepiej związek z drugim nagrodzonym – Piotrem – który pisał, że chodzi o to, żeby człowiek „człowiek miał większy kontakt z rzeczywistością, żył pełniej i prawdziwiej”. Więc może dobrym pomysłem na nowy uczynek miłosierny jest pomaganie ludziom wyjścia ze ściem i uczenie patrzenia na świat w prawdzie? I wtedy też rozwiązuje się problem chwalenia zasługujących, bo będzie to pokazanie prawdy o tym, co ktoś zrobił.

K: A może to już będzie pouczanie nieumiejętnych?:P Tak dla uściślenia – rozumiem, że w obu propozycjach chodzi o wyrwanie ludzi sprzed kompa, jeżeli jest on dla nich ucieczką od rzeczywistego życia, tak?

J: Jak dla mnie nawet wtedy, kiedy nie jest ucieczką, ale ich wciągnął.

K: Zdefiniuj wciągnięcie – od ilu godzin się zaczyna, kiedy człowiek przegina z wirtualną rzeczywistością.

J: Jeżeli potrzebujesz, żeby ktoś Ci powiedział, gdzie jest granica, to przeginasz:-).

K: Czyli osoba, dla której 16 godzin grania na dobę jest granicą, i dlatego pilnuje się i gra „tylko” 15, to nie przegina, tak?:P

J: Kiedyś tak grałem i nie widziałem w tym żadnego problemu:-P. Potem wstąpiłem do Malty i jakoś ciekawsze rzeczy miałem do robienia.

K: Ciekawa rzecz mi się nasunęła – właściwie wszystkie „oryginalne” uczynki z listy są odpowiedzią na takie problemy, że potrzebujący zasadniczo nie ma wątpliwości co do tego, że ma problem – no, może poza grzeszącymi. Natomiast w tym wypadku potrzebujący niekoniecznie zgodzi się z opinią, że ma problem.

J: Akurat tutaj się z Tobą nie zgodzę. Faktycznie, są uczynki dość „oczywiste” – głodny wie, kiedy chce mu się jeść, więzień wie, kiedy go zamknęli (chyba, że mówimy o nałogach), a martwy też raczej wie, że jest martwy. Ale nieumiejętny wcale nie musi wiedzieć, że jest nieumiejętny, chory – że choruje, a urażający, że wyrządził Ci krzywdę.

K: No dobra, niech będzie. Tak jak w przypadku grzesznika czy nieumiejętnego, takiego przeginającego z VR trzeba uświadomić, zgadza się?

J: Zazwyczaj. Jak większość nałogowców. Pamiętam, jak jakieś osiemnaście lat temu w jednym z czasopism był „test na uzależnienie od gier”. Dopiero w komentarzu po wynikach było zaznaczone, że skala była trochę naciągnięta (większości osób wychodził jakiś stopień uzależnienia) po to, żeby skłonić czytelników do refleksji nad tym, ile grają.

K: Więc pytam jeszcze raz – gdzie jest granica pomiędzy korzystaniem z Internetu z umiarem, a przeginaniem?

J: Nie wiem, czy można sztywno taką granicę wyznaczyć. Wydaje mi się, że bez kontaktu z człowiekiem nie rozpoznasz tego.

K: Na pewno da się coś takiego wymyślić, co większość uzna za w miarę pasującą definicję. Na przykład że przegina się, jak się zaniedbuje obowiązki rodzinne, domowe czy pracę. Albo ogólnie przez kompa/smartfona się zawala i nie domyka rzeczy, których się podjęło.

J: Ale to będzie większość. A mówiliśmy już parę razy, że miłosierdzie to kwestia podejścia do konkretnego człowieka. To tak jakbyś chciał zdefiniować „jak bardzo ktoś musi być głodny, żebym chciał go nakarmić”.

K: Dlatego nie można dać sztywnej ramy, że – przykładowo – powyżej dwóch godzin dziennie to już przegięcie. Porównanie do głodu słabe, przecież jak go czujesz, to już jesteś głodny. Jak pisałem – dla mnie zawalanie obowiązków czy szkodzenie sobie samemu (na przykład na zdrowiu) jest wyraźnym znakiem, że ktoś przesadza.

J: Tak, ale może tak naprawdę ucieczka w świat wirtualny jest efektem innych problemów, a nie problemem samym w sobie. Dlatego uważam, że to rzecz cięższa do zdiagnozowania niż tylko stwierdzić „ktoś, kto nie wyrobił z odtikowaniem tasków przed dedlajnem bo siedział na fejsiku jest uzależniony”.

K: Uzależnienie to inna sprawa. Na razie chodzi o przeginanie w siedzeniu przy kompie (rozumianym jako komp, konsola, tablet, smarfon, etc). Bo czy ktoś siedzi, bo lubi grać w gry, czy uwiązał się do ogame, czy świat poza kompem jest smutny – to nie zaszkodzi go wziąć na jakiś spacer, jak Kulka pisała;). A na takim spacerze już pewnie można strapionych pocieszyć, albo grzeszących napomnieć. Że o radzeniu wątpiącym nie wspomnę.

J: No tak, tutaj się zgodzę, że nigdy nie zaszkodzi kogoś wyciągnąć. I w sumie masz chyba dużo racji, że ktoś chowający się za komputerem jest kimś, kto potrzebuje innego uczynku miłosierdzia i choćby dlatego warto go wyciągnąć.

A co sądzisz o propozycji Karoliny? Chyba możemy uznać, że „Ze znajomymi wychodzić” już omówiliśmy, ale niektóre z pozostałych propozycji są ciekawe.

komentarz Karoliny

K: Które Cię szczególnie zaciekawiły? Tak sobie myślę, że w sumie dwa ostatnie mogą być uczynkami miłosierdzia wobec samego siebie:P.

J: Te mnie zaciekawiły, bo… Są takie codzienne. Szczególnie kwiaty, seks i uśmiech. Podoba mi się też „czasu nie tracić” – chociaż ja bym to odniósł właśnie do innych. A bardzo często spotkam się z nieszanowaniem czasu innych…

K: To może lepiej „cudzego czasu nie tracić/marnować”;). Choćby przez niespóźnianie się albo uprzedzanie o takowym. Dobrze pasuje, bo w sumie taki mieliśmy też przekaz z Młodymi Misjonarzami, że miłosierdzie można (i warto!) czynić na co dzień, że to nie muszą być jakieś wielkie akcje.

J: Bez uściślenia nie marnujesz czasu ani swojego, ani innych – i to jest OK. Co do codzienności w pełni się zgodzę – wiesz, że sam taką koncepcję lansowałem w swoich uczynkach zgłoszonych do księgi.

Za to „księżom o celibacie przypominać” wydaje mi się… hmm… aż zbyt codzienny. W sensie – jeśli księdzu trzeba często o tym przypominać to na pewno potrzebuje miłosierdzia, bo albo toczy silną walkę duchową, albo pomylił powołanie. Ale może wtedy można pomóc mu lepiej, niż przez przypominanie?

K: Jeżeli księdzu trzeba przypominać o celibacie, to dla mnie to będzie napominanie grzeszących. I jestem niemal pewien, że nieprzestrzeganie celibatu bynajmniej nie wynika z zapominalstwa. Ale to nie nasz temat, nie będę drążył :P.

J: Grzeszących albo wątpiących… Ksiądz, któremu się przypomina, może być jeszcze przed grzechem i możesz pomóc mu go uniknąć.

A co sądzisz o „talenty wykorzystywać”? O ile samo to nie brzmi dla mnie przekonujący, to jakby trochę to zmodyfikować – „talenty pomagać odkrywać” – byłoby super propozycją.

K: To bym z kolei podciągnął pod nieumiejętnych pouczać – doszliśmy chyba do wniosku, że pouczenie to nie tylko wykład na jakiś temat, ale pomoc w dojściu do jakichś rzeczy. W tym wypadku w uświadomieniu sobie swoich zdolności;).

J: A „dzieci mądrą opieką otoczyć” też byś podciągnął pod któryś inny uczynek?

komentarz Łucji Z.

K: Pod ten sam.

J: To popatrz. W ciągu czternastu rozmów rozważaliśmy, jak można realizować różne uczynki miłosierdzia. Ale gdy teraz patrzymy na propozycje czytelników, to większość z nich potrafimy sprowadzić do katechizmowej czternastki uczynków miłosierdzia… Więc może na początku popełniliśmy błąd i może w odniesieniu do miłosierdzia dzisiaj trzeba zastosować właśnie myślenie bottom-up: „jeśli zrobię rzecz X, to zrealizuję uczynek miłosierny Y”). A nie top-down („czy zrealizuję uczynek Y, jeśli zrobię X”), jak to dotychczas robiliśmy?

K: To wtedy mielibyśmy nieskończoną ilość czynności do omówienia i zakwalifikowania:P. Uczynki muszą być w jakiś sposób ogólne, abstrakcyjne, żeby właśnie nie ograniczać ludzkiej dobroczynnej działalności.

J: Może nie nieskończoną, ale na pewno dużą. I do tego zmierzam: że miłosierdzia wokół nas jest naprawdę dużo, a Kościół zgrupował je w 14 uczynków ogólnych, żeby dać nam pole do kreatywności. Co o tym sądzisz?

K: No tak, o to mi chodziło. Same uczynki odpowiadają jakimś konkretnym potrzebom – ale już samym potrzebom można zaradzić na milion sposobów.

J: I dobrze, że wspomniałeś o potrzebach bo chciałem Cię zapytać co sądzisz o porównaniu wszystkich uczynków miłosiernych do piramidy potrzeb Maslowa.

komentarz Błażeja

K: Nie wiem co to piramida potrzeb Maslowa.

J: To piramida szeregująca potrzeby. Według Maslowa człowiek ma pięć poziomów potrzeb: fizjologiczne, bezpieczeństwa, przynależności, uznania, samorealizacji. I do potrzeb wyższego poziomu przechodzi dopiero po spełnieniu potrzeb poziomu niższego. Czyli np. że dopiero jak się najesz, to zadbasz o swoje bezpieczeństwo, a o uznanie będziesz walczył dopiero, gdy będziesz już należał do jakiejś grupy.

K: Ciężko powiedzieć. Owszem, że względem ciała w znakomitej większości pasują do tego pierwszego szczebla, ale ciężko mi tak wprost przypasować te względem duszy do tych potrzeb wyższego rzędu. Bo czym będzie napominanie grzesznych? Przynależność, bo mamy kogoś kto nam pomaga? Czy bezpieczeństwo, bo nie zboczymy z dobrej ścieżki (rozumiejąc bezpieczeństwo nie tylko tak fizycznie)?

J: Ale popatrz na komentarz Błażeja: on zakwalifikował wszystkie uczynki do najniższego szczebla („fizjologia” – i ciała, i duszy) i napisał, że spełniając uczynki miłosierne względem drugiej osoby pozwalasz jej zaspokoić te podstawowe potrzeby i piąć się wzwyż w życiu duchowym. Ta myśl mi się całkiem podoba.

K: Racja, rozsądna myśl. Generalnie każda pomoc drugiemu, nawet jak jej nie damy rady zakwalifikować do czegokolwiek, sprawia, że jest (może być) lepszym człowiekiem. Wiem, farmazon, ale przy okazji true story:P.

J: No, ja nie zaryzykuję stwierdzenia, że każda pomoc sprawia, że ktoś będzie lepszy. Chyba kiedyś mówiliśmy o tym że można pomagać tak, że uzależniasz kogoś od swojej pomocy i coraz gorzej sobie ze wszystkim radzi.

K: Trzeba po prosty wyłapać moment, kiedy pomaganie przestanie być pomaganiem, a zacznie być przeszkadzaniem:P.

J: bardziej pasuje mi to określenie „uzależnieniem”. A co sądzisz pomyśle, że robiąc miłosierdzie trzeba uzależniać drugiego od Boga, a nie od siebie? Bo taka myśl mi teraz przeszła przez głowę.

K: Pięknie, ale jak to zrobić?

J: Chyba rozmawialiśmy o czymś podobnym w jednej z pierwszych rozmów. Żeby być tylko doorbreacherem dla Boga. Jeśli miałbym powiedzieć, jak to zrobić w jednym słowie, to na pewno byłaby to „pokora”.

K: Pokora sama w sobie nie jest wielką pomocą. To znaczy może być, ale w specyficznej sytuacji. Ale rozumiem, że chodzi Ci o to, że pomagając z pokorą, pomagamy naprawdę?

J: Nie. Bez pokory też można naprawdę komuś pomóc. Chodzi o to, że pomagając z pokorą, robimy miejsce dla Boga. Że nie uzależniamy potrzebującego. O to, żeby nie pomagać z nastawieniem „Ja to jestem ktoś, zobaczysz, jak Ci pomogę!”.

K: Więc może jeżeli pomagasz BEZ BOGA, to tak naprawdę nie pomagasz?

J: Znam parę osób, które wierzą w bożki, a pomimo to świetnie pomagają innym. Co nie zmienia faktu, że Bóg jest sprawcą naszego chcenia i działania (Flp 2, 13).

K: Podpuszczałem;).

J: A ja już bez podpuszczania zapytam: czy można według Ciebie pomagać dobrze, a bez miłosierdzia?

K: Wydaje mi się, że można – chociażby za pieniądze, wtedy już niekoniecznie jest z miłosierdzia. Co nie znaczy, że nieskutecznie. Tak mi się wydaje, możesz mnie wyprowadzić z błędu;).

J: Pytałem, czy można dobrze, a nie skutecznie:-). Sam się nad tym zastanawiam. Akurat myślałem o programach CSR w korporacjach i firmach, gdy Cię o to pytałem. Kiedyś spotkałem się z sytuacją, że w firmie ogłoszono „zaangażowanie społeczne” i była możliwość wpłacenia na jedną z organizacji. Zbierali kierownicy jednostek i później stworzono z tego ranking, która jednostka dała najwięcej (przy czym już na początku wiadomo było, że taki ranking powstanie). Formalnie nikt za to nic nie dostał. Wierzę, że pomysłodawca chciał to zrobić z miłosierdzia, żeby pomóc wybranej organizacji. Podobnie jak w to, że pracownicy dawali pieniądze z miłosierdzia i kierownicy jednostek też nie myśleli o swoim miejscu w rankingu, motywując pracowników. Ale na każdym etapie tego miłosierdzia mogło zabraknąć, i akcja mogła być realizowana po to, żeby stworzyć firmie dobry PR, żeby wypaść lepiej od innych managerów czy po to, żeby kierownik przy dzieleniu podwyżki nie pomyślał, że jako jedyny nie dorzuciłeś się do puszki… Pieniądze trafiły na konto organizacji, więc można uznać, że pomoc była skuteczna. Ale czy – w scenariuszu bez miłosierdzia na którymś etapie – czy była to pomoc dobra?

K: A zaszkodziła ta pomoc komuś? Czy pomogła?

J: Tak, jak powiedziałem – raczej pomogła. Tylko… cały czas mówiłeś, że liczy się intencja. A tutaj chcesz oceniać pomoc po efekcie.

K: A znamy intencje pracodawcy?

J: No właśnie to jest pytanie… czy pomogła firma? Czy menadżer, który wymyślił całą akcję? Czy pojedynczy pracownicy, którzy się dokładali? Czy może szefowie poszczególnych działów, którzy odpowiadali za zbiórki w swoich działach? Kto tak naprawdę tutaj pomógł. I, zakładając optymistyczny wariant, kto zrobił coś miłosiernego?

K: Pomógł każdy, kto nie musiał. Każdy gest ponad który ktoś zrobił od siebie tak dodatkowo, można uznać za miłosierdzie. Choć nie ma gwarancji, że kierowali się miłością, to na pewno zrobili coś dobrego. Ostatecznie, czy to miłosierdzie czy nie, oceni Bóg. Ja bym cały czas obstawiał, że do miłosierdzia konieczna jest miłość, więc jak jej nie ma, to i uczynku miłosiernego nie ma. Niedawno ojciec Szustak powiedział że w miłosierdziu chodzi o postawienie człowieka w centrum. Innego człowieka. Dlatego na przykład pracownika który dokłada się do zbiórki, żeby się szef czegoś nie pomyślał, nie posądzę o wielkie miłosierdzie. Ale z drugiej strony nie wolno mi tego oceniać, bo i skąd mogę znać czyjeś prawdziwe intencje?

J: Parafrazując chyba Syracha, miłosierdzie względem szefa nie pójdzie w zapomnienie…:-) Czyli zgodzisz się z tym, co napisał w swoim komentarzu Marcin – że nie każdy dobry uczynek musi być uczynkiem miłosierdzia i tak jest OK?

K: Zgadzam się. Dobro można czynić z bardzo egoistycznych pobudek, stawiając w centrum siebie, a nie bliźniego. Jak generalnie ojciec Adam różnie do mnie trafia, to ta myśl mi się bardzo spodobała.

J: Czyli miłosierdzie to coś, co robimy w układzie jeden-na-jeden. Nawet, jeśli jest to w ramach jakiejś większej struktury organizacyjnej?

K: Jeden-na-jeden? W sensie?

J: Że uczynek miłosierny to coś, co robi konkretna osoba dla konkretnej osoby. Że nawet, jeśli występuje tam jakaś organizacja, to ona tylko tworzy „środowisko”, w jakim uczynek jest wykonywany. Np. Jak byliśmy w MSM, to uczynek miłosierdzia robiłeś osobno Ty, osobno ja i osobno inne osoby względem konkretnego poszkodowanego. Nawet, jeśli akurat byliśmy razem w patrolu i udzielaliśmy pomocy tej samej osobie.

K: A jak się pomaga grupie osób na raz?:P

J: To pomagasz każdemu z nich z osobna.

K: To znaczy ja pomagam wszystkim na raz, ale każdy z osobna otrzymuje pomoc. I mam wtedy jeden uczynek, czy więcej?

J: Tak sobie myślę – liczenie uczynków może zostawmy Bogu… o ile Jemu będzie się chciało to robić:-).

K: O ile potrzebuje to robić;).

J: Dokładnie. To chyba czas kończyć… Co zabierasz że sobą z całego naszego przegadanego czasu? Zmieniły coś w Tobie te rozmowy?

K: Ciężko powiedzieć. Na pewno musiałem odpowiedzieć sobie na parę pytań, o których wcześniej nie myślałem. No i na pewno jeszcze mocniej utwierdziłem się w jednym przekonaniu – to miłość jest najważniejsza, i to ona jest wręcz życiem chrześcijanina.

J: A ja zauważyłem zmianę. I to potężną. Gdy ktoś mi się narazi albo mnie czymś wkurzy, teraz widzę w nim osobę, która potrzebuje miłosierdzia. Nie kogoś, kto z jakiegoś powodu chce mi utrudnić życie tylko człowieka, który to zrobił bo sam jest biedniejszy (przynajmniej w jakimś aspekcie) ode mnie i pewnie nie wie, co robi.

K: Czyli warto było. I już można Ci podpadać, nie będziesz mściwy ani zawistny:P.

J: A kiedyś taki byłem?… Albo nie, lepiej nie odpowiadaj:-).

K: Tak będzie bardziej miłosiernie…;)

J: To dzięki za te wszystkie rozmowy. Fajnie było:-). To co bierzemy na tapet po ŚDM? Błogosławieństwa? Prawdy wiary? Grzechy wołające o pomstę do nieba?

K: Życie po ŚDM… Tak, na pewno jakieś będzie… Przed następnym tematem przydałby się jakiś feedback od audytorium.

J: To ja poproszę konkret: jeśli to czytasz, poświęć minutę i wypełnij krótką ankietę na temat naszych rozmów (Błażej – dzięki już za feedback pod poprzednim wpisem!). A najlepiej powiedz o nich kilku znajomym, żebyśmy mogli zebrać szerszy feedback. I że swojej strony dziękuję za to, że to wszystko czytasz i mam nadzieję, że jeszcze będziesz zaglądał na blog. To Krzychu – ostatnie słowo należy do Ciebie.

K: Ankietę? Może po prostu przekaż, Drogi Czytelniku, swoją opinię? Nie będziemy ograniczać Twojej twórczości jakimiś schematycznymi pytaniami.
Moje przesłanie na koniec: do zobaczenia na ŚDM!!!1111oneone Zlot Januszów z Mentalnego Podkarpacia na całym świecie już niebawem w Tenkraju!


 

Jak widać, wolontariusz ma przed ŚDM dużo pracy, więc to już naprawdę koniec naszych rozmów. Żadnych bonusów do bonusów nie będzie:-). Ja ze swojej strony jednak pozostanę przy prośbie o wypełnienie ankiety. I jeszcze raz dzięki, że przetrwałeś nasze rozmowy:-).

ja i Krzychu po ostatniej rozmowie


Z Krzychem poznaliśmy się jakieś 9 lat temu i chyba parę osób razem uratowaliśmy za czasów ratowniczych.

Razem ze swoją żoną są ostro zaangażowani w ŚDM i to dzięki nim nagrałem świadectwo na Młodych Misjonarzy Miłosierdzia. To nasunęło mi pomysł, żeby pogadać z Krzyśkiem o uczynkach miłosiernych – bo tego tematu zbytnio nie rozumiem. Krzysiek stwierdził, że sam też nie jest ekspertem i chętnie spróbuje ze mną zgłębić zagadnienie. Tak zrodziły się RoMy – Rozmowy o Miłosierdziu. W ciągu Wielkiego Postu i Okresu Wielkanocnego (a także potem, bo nie wyrobiliśmy…) przedstawimy Wam 14 rozmów, w których będziemy się dzielić naszymi przemyśleniami na temat poszczególnych uczynków miłosiernych względem duszy i ciała.