RoMy #13: Chorych nawiedzać

Myśląc o nawiedzaniu chorych jakoś mam w głowie obraz lekarza w takim stroju przypominającym ptaka z czasów epidemii dżumy. A na co dzień spotykam raczej ludzi, których drapie w gardle albo kichną parę razy pod rząd. Dlatego postanowiłem Krzycha wypytać, jak to jest z tym nawiedzaniem chorych dzisiaj.

 

Moje skojarzenie z

J: Przytoczę dwie historie zmojego życia, które kojarzą mi się z nawiedzaniem chorych.

Pierwsza: paręnaście lat temu miałem operację nosa i przez dwa albo trzy dni po niej totalnie zdychałem, bo ledwo mogłem oddychać. Za to moja rodzina za punkt honoru postawiła sobie bycie ze mną w szpitalu. Chcieli przy mnie siedzieć i rozmawiać ze mną. Szczerze chciałem ich wtedy udusić.

Druga: parę miesięcy temu mój przyjaciel trafił do szpitala. Gdy napisałem mu SMSa, czy go odwiedzić odpisał mi, że ze względu na świńską grypę odwiedziny są wstrzymane w szpitalu i i tak mnie nie wpuszczą.

Więc jak to jest dzisiaj z tym nawiedzaniem chorych?

K: Normalnie, dawniej też tak pewnie bywało, że albo rodzina nawiedzała zbyt gorliwie, albo się nie dało dostać do szpitala;).

J: No dobra, ale jeśli nie mogę wejść do szpitala, to jak mam odwiedzić chorego, który tam jest?

K: Nie możesz. Możesz później, na przykład. Chorzy raczej nie zawsze przestają być chorzy z chwilą opuszczenia szpitala. Albo epidemia może minąć. W ogóle częstszą sytuacją jest to, że jednak można kogoś odwiedzić w szpitalu, niż że nie można.

J: No dobra. A druga kwestia, którą poruszyłem? Jak wybalansować pomiędzy tym, że chcę odwiedzić chorego a tym, czy on ma siły na odwiedziny?

K: Jak zawsze miłość:P. Wybieram między moją potrzebą spełnienia obowiązku i poczucia się szlachetnym, a między faktyczną potrzebą chorego. Pewnie nie zawsze chory się przyzna, że nie ma ani sił, ani ochoty na takie odwiedziny. Z drugiej strony gdyby do takiego chorego nikt nie zajrzał przez tydzień, to by mu się też smutno zrobiło, nawet, jeżeli wizyty go męczą. Dobrze myślę?

J: Jak kiedyś z Ukrainy przywiozłem świńską (chyba taka wtedy panowała) grypę i trzy tygodnie siedziałem na L4, to po tygodniu już faktycznie mnie trafiało… Ale z drugiej strony – to już nie koniec XIX wieku, gdzie faktycznie trzeba było kogoś odwiedzić, żeby z nim porozmawiać. Dzisiaj mamy serwisy społecznościowe, komunikatory, komórki… można porozmawiać z chorym na tyle sposobów… Czy to też jest odwiedzenie chorego?

K: Jakby się trzymać tak literalnie, to raczej nie – nawiedzić, to nawiedzić, to znaczy przyjść osobiście;). Ale nie trzymamy się tak literalnie, pana Boga też nie kojarzę z taką skrupulatną biurokracją. Może faktycznie trzeba by przedefiniować odwiedzanie? I przyszła mi do głowy myśl – w uczynku nie ma wyjątków dla chorób zakaźnych, nie ma zluzowania z odwiedzania izolatek… Coś mi się wątki rozmnożyły;).

J: I jeszcze je poplątałeś tak że za bardzo nie wiem, o co chodzi:-).

K: Nie chcesz zrozumieć:P. To z literalnym rozumieniem nawiedzania i przedefiniowaniem tegoż było odpowiedzią na Twoje ostatnie pytanie, czy rozmowa na odległość też jest odwiedzeniem;). Dalej jest już myśl, która mi przyszła do głowy przy okazji;).

J: Właśnie tego „dalej” nie rozumiem… Ale dobra, przejdźmy nad tym.

Jeśli chodzi o „zdalne nawiedzenie”, to wiesz może, jaka była idea „nawiedzenia chorych”? W sensie w jakim celu trzeba było ich nawiedzać? Bo jeśli po to, żeby dać swoją obecność, porozmawiać, zająć czymś – to uznałbym, że za pomocą środków komunikacji zdalnej można tak samo kogoś nawiedzić. Że komórka i internet pozwalają Ci robić miłosierdzie nawet tam, gdzie w danej chwili Cię nie ma. Ale jeśli zamierzonym przez Kościół celem nawiedzenia chorego było zaopiekowanie się nim, przyniesienie herbaty, umycie i przebranie – to tego już elektronicznie się nie da.

… ale wtedy pewnie uczynek by brzmiał „chorych pielęgnować”, więc myślę, że można kogoś nawiedzić zdalnie. Tylko trzeba w to włożyć coś od siebie, a nie ograniczyć się do wysłania SMSa „Zdrówcia, LOL”.

K: Nie ma co deprecjonować takiego SMSa, mimo wszystko jest to jakiś wyraz pamięci – a nie raz pewnie chory się smuci, że nikt o nim nie pamięta (a co dopiero, że nikt się nie pofatyguje). Może z tym odwiedzaniem chodzi o przełamanie jakiejś izolacji, w której chorzy się często znajdują? O to mi chodziło w tej myśli, której nie zrozumiałeś – że nie ma tu powiedziane „nawiedzać tych, co nie zarażają”. Nawiedzać chorych. W Ewangelii wspominani są najczęściej chorzy, z którymi kontakty groziły zaciągnięciem na siebie nieczystości – a Jezus od nich nie stroni. Stąd moja myśl o tym przełamaniu izolacji.

J: Ale to oznacza, że trzeba zaryzykować swoim zdrowiem. A może i życiem. I można przecież potem przenieść chorobę zakaźną na innych. Gdzie – szczególnie w tym ostatnim – logika? Przecież nie można ślepo wierzyć, że Bóg będzie chronił tych, którzy odwiedzają chorych.

K: A Twoim zdaniem miłosierdzie ma ile wspólnego z logiką? I co z ludźmi, którzy niosąc pomoc chorym sami umierali – nie zostawali świętymi?;)

J: Ma dużo – miłosierdzie przecież nie wyklucza korzystania z mądrości. Co więcej – myślę, że prawdziwy uczynek miłosierdzia jest właśnie owocem mądrości jako daru Ducha. A bp. Ryś, jeśli dobrze pamiętam, kiedyś używał pojęcia „logika miłosierdzia”.

K: No właśnie – bo miłosierdzie ma swoją logikę, taką… nielogiczną:P. Miłosierdzie zakłada, że nawet jak ktoś nam coś źle robi, to go mamy kochać. Logika ludzka wymięka, logika miłosierdzia kwitnie.

J: I Ty mówisz, że logika miłosierdzia jest nielogiczna… Ja jednak uważam, że jest to do pogodzenia z ludzką logiką. Może do tego uczynku trzeba się odpowiednio wcześniej przygotować, np. przez szczepienie siebie i nieodmawianie szczepienia dziecku?

K: „Logika ludzka” narzuca nam pewien kontekst. A logika miłosierdzia to, w mojej opinii, zupełnie inny kontekst. To takie „oko za oko” vs. „nadstaw drugi policzek”. Dlatego biskup Ryś napisał książkę „Skandal miłosierdzia”, bo to miłosierdzie, po ludzku patrząc, jest skandaliczne. Puszczać wolno kogoś, kto swoimi czynami zasłużył na srogą karę?

Ale to temat na całą taką rozmowę:P. Wracając do uczynku – jasne, że warto się jakoś naszykować, żeby dobrze pomagać (zgodnie z nieśmiertelną zasadą, że „martwy ratownik to zły ratownik”). No ale czasem nie ma jak się naszykować. I co wtedy – pomagać ryzykując życiem? Czy się wycofać (zgodnie z algorytmem pierwszej pomocy)? Co wtedy z Jezusowym „nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie oddaje”?

J: No właśnie, ale… z jednej strony mówisz, że skandalem miłosierdzia jest to, że puszcza się wolno kogoś, kto zasługuje na karę. A z drugiej – że w tej logice jest sens Bogu ducha winnego (hmm… no, może nie brzmi to na tym miejscu najlepiej) człowieka narażać, żeby ktoś chory został nawiedzony. Czyli względem tych, którzy robią miłosierdzie, nie ma miłosierdzia?

K: A ktoś kogokolwiek zmusza do miłosierdzia? Jeżeli to jest jakieś zewnętrzne przynaglenie, to śmiem powiedzieć, że to nie jest w 100% akt miłości.

J: Czyli Kościół, zalecając robienie uczynków miłosierdzia i podając ich listę sprawia, że taki uczynek przestaje być w 100% aktem miłości?

K: No a jak to robię dla jakiejś korzyści, a nie dlatego, że kocham bliźniego?

J: O korzyściach już wiele razy rozmawialiśmy. Teraz pytam o zewnętrzne przynaglenie.

K: To bez różnicy. Jeżeli wykonując czyjeś polecenie unikam kary, to jest to jakaś korzyść;). Miłość sama w sobie jest przynagleniem, ale takim wewnętrznym.

J: Dobra, wróćmy do chorych, bo przestaję czuć, o co nam chodzi:-). Poruszyłeś temat pierwszej pomocy. Jak wiesz, jednym z moich koników była opieka psychologiczna nad poszkodowanym. Czy pogadanie z kimś nieznajomym, kto czeka na przyjazd karetki na ulicy, to też nawiedzenie chorego?

K: Jakkolwiek jest to szlachetne, to nijak nie pasuje mi to do nawiedzania chorego.

J: A dlaczego? Przecież możesz taką osobę wesprzeć tak samo jak znajomego, który akurat się przeziębił.

K: To może to będzie pocieszanie strapionych? Kto powiedział, że nawiedzając chorego trzeba go pocieszać?;)

J: Wesprzeć to nie to samo, co pocieszyć. Ja to mówiłem parę minut temu. A Ty – przy pocieszaniu więźniów.

K: Nie zmienia to faktu, że pocieszania (czy też wspierania) poszkodowanego nie podciągałbym do nawiedzania chorych.

J: OK, czyli pierwszą pomoc omijamy. Czy coś jeszcze Ci się nasuwa w temacie?

K: Tak. Czy ja, jako chory na cukrzycę, powinienem być permanentnie nawiedzany?

J: Pewnie. Przecież czasem staram się nawet to realizować:-P. O ile chcesz, oczywiście… a chcesz?

K: No pewnie. Odpusty Ci nie zaszkodzą:P. Czyli każdy, kto nas odwiedza, ma uczynek miłosierdzia? Czy tylko ten, kto odwiedza nas właśnie przez wzgląd na moją cukrzycę?

J: No, jak ktoś nie wie, że chorujesz, to nie odwiedza chorego…

W ogóle dzisiaj to może Twoje pytanie brzmi śmiesznie, ale kilkadziesiąt lat temu to przecież np. unikało się kontaktu z niepełnosprawnymi umysłowo, żeby dziecko się nie zaraziło, więc może cukrzyca też była tak postrzegana.

A Twoje pytanie prowadzi mnie do refleksji, kogo można nie odwiedzać. Zdrowie według WHO to „nie tylko całkowity brak choroby, czy kalectwa, ale także stan pełnego, fizycznego, umysłowego i społecznego dobrostanu (dobrego samopoczucia)”. I, jeśli zastosować tę definicję, to praktycznie nie ma ludzi zdrowych na świecie…

K: A choroba to przeciwieństwo zdrowia? Bo w definicji choroba jest odróżniona zarówno od kalectwa, jak i tego „pełnego fizycznego, umysłowego i społecznego dobrostanu”. Czyli WHO nie wrzuca tych rzeczy do jednego wora, zatem według tej definicji jeżeli ktoś nie jest zdrowy, to nie znaczy jeszcze, że jest chory;) .

J: Choroba to, dla mnie, brak (czy raczej niedobór) zdrowia. Jeśli nie jesteś zdrowy – jesteś chory. Ale nawet jeśli masz rację, to wielu osobom dobrze by zrobiło, gdyby poszło nawiedzić znajomych – choćby jako chorych – zamiast siedzieć na fejsie.

K: Ja tu tylko przedstawiłem swoją interpretację tej definicji choroby. A co do Twojej: choroba jako niedobór zdrowia – zdrowia według jakiej definicji?:P W ogóle czynienie miłosierdzia dobrze by zrobiło wielu osobom, nie tylko tym siedzącym przy FB;).

J: Według tej definicji, którą podałem.

K: Gubię się – choroba to brak zdrowia, a z kolei zdrowie to całkowity brak choroby i parę innych rzeczy.

J:Dobra, to inaczej. Zdrowie to brak choroby i parę innych rzeczy. Ale chory to osoba, która nie jest w pełni zdrowa. Lepiej?

K: Czyli chory to osoba, która nie jest w dobrostanie (czy jak to powiedzieć:P). Zatem właściwie wszyscy, którzy mogą być biorcami uczynków miłosierdzia, są też chorzy – według tej definicji.

J: Może. Ja chcę po prostu stwierdzić, że zgodnie z tą definicją – warto się odwiedzać. Nawet, jeśli akurat nie wiemy nic o chorobie tego, kogo odwiedzamy:-).

K: „Odwiedzę go, na pewno ma jakąś chorobę albo czegoś mu brakuje”. Powiedziałbym, że za daleko trochę idziemy.

J: Nie no, chodziło mi tylko o to, żeby myśleć „odwiedzę go” zamiast „na pewno poczuje się lepiej, jeśli podlajkuję mu wszystkie focie na fejsie”.

K: Cóż, są ludzie, którym lajkowanie ich zdjęć poprawia nastrój;) ale mówiliśmy już o odwiedzaniu chorych przez FB i ja wciąż jestem sceptyczny:P.

J: Ja też mówiłem o tym jako wyjście w sytuacji,  gdy nie mogę faktycznie kogoś odwiedzić, a chcę go nawiedzić.

K: Ale kiedy tylko się da, preferujemy wizytę osobistą?

J: Ja tak mam. Przy czym może niekoniecznie wizytę, ale koniecznie spotkanie. Po upewnieniu się, że chory (czy nawiedzany) ma ochotę się spotkać.

K: No i że jest w stanie się spotkać;). Żeby nawiedzenie było miłosierne wystarczy po prostu nawiedzić, czy trzeba coś jeszcze? Na przykład porozmawiać;).

J: Jak mnie ktoś odwiedza, to wolę, jak pogada albo coś porobimy ciekawego – np. zagramy w coś. A Ty?

K: No też wolę coś robić, niż po prostu siedzieć;). Powiedziałbym, że chodzi generalnie o uprzyjemnienie komuś tego, jakby na to nie patrzeć, niewesołego czasu choroby, naszą wizytą.

J: I myślę,  że to świetne podsumowanie naszej rozmowy. A decyzję co do tego,  kto jest chorym,  którego warto odwiedzić, zostawmy czytelnikom.

K: Wszystko wedle potrzeby serca i głosu sumienia;).


Chory czy nie w pełni zdrowy, ryzykować własnym zdrowiem czy nie, odwiedzać osobiście, czy też przez „elektroniczne środki komunikacji”… Pojawiło się wiele pytań, na które chyba nie znaleźliśmy odpowiedzi. Co Ty sądzisz o tych kwestiach?


Z Krzychem poznaliśmy się jakieś 9 lat temu i chyba parę osób razem uratowaliśmy za czasów ratowniczych.

Razem ze swoją żoną są ostro zaangażowani w ŚDM i to dzięki nim nagrałem świadectwo na Młodych Misjonarzy Miłosierdzia. To nasunęło mi pomysł, żeby pogadać z Krzyśkiem o uczynkach miłosiernych – bo tego tematu zbytnio nie rozumiem. Krzysiek stwierdził, że sam też nie jest ekspertem i chętnie spróbuje ze mną zgłębić zagadnienie. Tak zrodziły się RoMy – Rozmowy o Miłosierdziu. W ciągu Wielkiego Postu i Okresu Wielkanocnego (a także potem, bo nie wyrobiliśmy…) przedstawimy Wam 14 rozmów, w których będziemy się dzielić naszymi przemyśleniami na temat poszczególnych uczynków miłosiernych względem duszy i ciała.