RoMy #12: Więźniów pocieszać

Trochę nas nie było. Przez różne sprawy, nasze Rozmowy o Miłosierdziu trochę się przeciągnęły. Ale już wracamy na antenę, żeby skończyć przez Światowymi Dniami Młodzieży. Dzisiaj o pocieszaniu więźniów.

więzienie, CC-BY, operator-paramedyk
Kiedyś – budynek aresztu wojskowego. Dzisiaj – sala szkoleniowa CTT na Politechnice Krakowskiej.

J: Zacznijmy tak freudowsko – opowiedz mi o swoim dzieciństwie… Czy mama zabraiała Ci się bawić z niegrzecznymi kolegami?

K: Nie wiem, czy chcę zaczynać w ten sposób – o ile się nie mylę, Freud nie był pobożnym człowiekiem:P.

Co do pytania – mama nie zabraniała, sam ich raczej unikałem. Nie lubiłem przypałów.

J: Ale ten uczynek wymaga właśnie tego, żebyś nie unikał tych skrajnych, jak to napisałeś, przypałów. I żebyś ich kochał, zamiast nie lubić (no dobra, to dwie niezależne rzeczy).

K: Pytałeś, czy mi mama zabraniała się bawić z takimi. Co innego się bawić z łobuzami, co innego pocieszać więźniów.

J: Ale sprowadza się to do tego samego: masz mieć kontakt z tymi, których określiłeś jako „przypałów” i których w dzieciństwie unikałeś. Tylko, o ile w dzieciństwie można było tylko mówić w kategoriach prawdopodobieństwa, co będzie się działo w ich życiu, to w przypadku więźnia wiadomo na pewno, że jest ciężko.

K: Kochać trzeba każdego, ale nie wydaje mi się, że trzeba z każdym specjalnie szukać kontaktu, relacji. Uczynek mówi wyraźnie – więźniów pocieszać. Jak wspomniałem – ktoś sprawiający problemy społeczeństwu nie jest więźniem.

J: Implikacja zachodzi w drugą stronę: więzień jest kimś, kto sprawił problemy społeczeństwu. Przy założeniu sprawnego działania systemu wykrywania, sądzenia i karania, oczywiście.

K: No właśnie. Ale nie zachodzi implikacja łobuz => więzień.

J: Nie. Chodziło mi o to, że pocieszenie więźniów wymaga od Ciebie kontaktu z osobami, których inaczej byś unikał.

K: Racja. Choć jakby się uprzeć, to to są grzesznicy jak my, tylko że oni nie oddają też cesarzowi tego, co cesarskie;). Na dobrą sprawę wiele z uczynków miłosierdzia może wiązać się z kontaktem z ludźmi, których (tak patrząc tylko po ludzku) wolelibyśmy w naszym wygodnym życiu unikać. Ale faktem jest, że więźniowie są w szczególny sposób odizolowani, nawet fizycznie. Swego rodzaju indyjscy „niedotykalni”. Wydaje mi się, że taka izolacja to dopiero musi w człowieku wzbudzać potrzebę miłości!

J: Możesz rozwinąć myśl o wzbudzeniu potrzeby miłości?

K: Miłość to coś, co niejako wymaga kogoś drugiego. A jak jesteś w izolacji, to tego drugiego człowieka znacznie trudniej spotkać. I mi się wydaje, że wtedy samemu ciężej doświadczyć miłości, jak i trudniej ją okazywać.

J: Ach, nie czytałeś pewnie jednego z moich starych wpisów o miłości, że tak upraszczasz sprawę… nieważne:-). Zwykły więzień raczej nie ma problemu ze spotykaniem innych ludzi – tylko w większości są to albo inni więźniowie, albo strażnicy. Czy w tych warunkach jest w ogóle możliwe dawanie miłości?

K: W każdych warunkach jest możliwe, choć niektóre są znacznie cięższe niż inne. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że niektórzy byli w stanie kochać innych nawet w niemieckim obozie w Oświęcimiu?

J: Oświęcim to patologia. System penitencjarny – sukces cywilizowanego świata.

Tak teraz sobie pomyślałem, że w sumie więzienie jest pięknym obrazem Kościoła:-). Masz dwie grupy ludzi. Jedni coś przeskrobali, a drudzy – niekoniecznie lepsi – mają nadzorować ich proces stawania się lepszymi. Absolutnie jest to super pole do działania dla Boga:-).

Ale dobra, wróćmy do sedna uczynku, czyli pocieszania więźniów. Więzienie jest światem zamkniętym, a żeby więźnia pocieszyć, trzeba jakoś w ten świat wejść. Jak to zrobić?

K: Pewnie zapytać i poprosić o taką możliwość:P. Z tego co słyszałem, są ludzie/grupy zajmujące się taką działalnością. Organizują spotkania w więzieniach i rozmawiają z więźniami. Ten uczynek jest o tyle trudny, że jeżeli jeszcze bułkę mogę dać komuś bez większego wysiłku, tak tutaj już trzeba trochę zachodu, żeby z więźniami w ogóle móc nawiązać kontakt.

J: A myślisz, że ten uczynek dotyczy tylko tych więźniów zamkniętych za murami więzień?

K: No właśnie to jest dobre pytanie. W konkursie na Młodych Misjonarzach Miłosierdzia, na własną interpretację jakiegoś uczynku, kolega wrzucił grafikę, że więzieniem są także zniewolenia, nałogi. Bardzo trafnie z resztą. Nie mniej ciągle się zastanawiam, czy to wtedy nadal jest uczynek wobec ciała? Bo wtedy raczej duch jest zniewolony.

J: Akurat o nałogach tutaj nie pomyślałem, ale… o ile jest to faktycznie kwestia ducha, to jednak biochemicznie na nałóg reaguje ciało. Więc czemu nie? Bardziej myślałem o pracownikach, którzy przez mobbing albo zastraszanie siedzą po godzinach w pracy, osobach w toksycznych, niewolących związkach, dzieciach zamykanych przez rodziców na zajęciach, na które wcale nie chcą chodzić… Wydaje mi się, że (jako społeczeństwo) w dążeniu do wolności stworzyliśmy sobie tyle więzień, że szkoda gadać.

K: W dążeniu do wolności? Raczej w swoim egoizmie. Nie mniej dobre te Twoje przykłady – wychodzi na to, że dużo ludzi może żyć w więzieniu bez krat. Jak takich poznać? Jak im pomóc?

J: To było „dążenie do wolności” w cudzysłowie. W jednym z wpisów mówiłem, że kwintesencją wolności jest konsekwencja – jeśli Twój „wolny” wybór nie daje żadnych efektów na rzeczywistości to trudno powiedzieć, żebyś coś wybrał. I wydaje mi się, że dzisiejsza definicja „wolności” niewoli ludzi właśnie przez to, że odbiera im konsekwencje wyborów.

Ale co do pomagania… właśnie. Zauważyłeś, że ten uczynek nie mówi, że trzeba pomagać więźniowi w odzyskaniu wolności, a jedynie, że trzeba go pocieszać?

K: Bo, abstrahując od różnych sposobów rozumienia więzienia, wielu więźniów na swój los zasłużyło. I może też tutaj jest klucz – nie pocieszać kogoś, kto cierpi niewinnie, bo to jest dla nas naturalne i nie trzeba ludziom tego kazać. Pocieszanie natomiast kogoś, kto odbywa zasłużoną karę, już takie oczywiste nie jest. „Ma za swoje” to taka furtka obok drzwi z napisem „MIŁOSIERDZIE”. I niekoniecznie prowadzi w to samo miejsce.

J: Miłosierdzia nie da się „kazać”, można tylko do niego zachęcać:-P.

Wiesz, pomyślałem, że może chodzi tutaj o posłuszeństwo ziemskiemu prawu – co też jest w obowiązkach Chrześcijan (chyba św. Paweł o tym pisał). Więc jeśli ktoś siedzi, to siedzi zgodnie z tym prawem (nawet, jeśli to prawo brzmi „naraził mi się”…) i uwalnianie go byłoby łamaniem tego prawa. Ale z drugiej strony – w Dz 12, 5-15 Bóg nie pociesza Piotra, tylko właśnie wyprowadza go z więzienia. Zaczynam czuć, że nie czuję istoty tego uczynku i trudno mi się do niego dobrać.

K: Bóg uwalnia, ale my nie. My mamy pocieszać. Można bez kombinowania po prostu pocieszać, jeżeli próby jakiejś głębszej interpretacji nie wychodzą. Bo to jest wskazanie zupełnie konkretne, które można także rozumieć zupełnie wprost. Zarówno więźniów, jak i pocieszanie rozumiemy intuicyjnie, nie trzeba strasznych rozkmin, żeby zacząć działać:).

J: To jak byś pocieszył kogoś, kto czeka na wyrok śmierci albo dostał dożywocie?

K: Dobra Nowina. Innej pociechy nie widzę.

J: A jak więzień powie, gdzie ma taką Dobrą Nowinę, skoro za 24 h go wieszają?

K: To mu powiem „Tobie się nie da pomóc… Następny!” A tak serio – jaką inną pociechę widzisz? Co najwyżej „to nie boli” albo „rachu-ciachu i po strachu”

J: Przed obroną doktorską mówi się „godzina wstydu i tytuł na całe życie”, więc może coś w ten deseń?:-)

A serio to uważam, że zawsze da się pomóc. Tak, jak mówiliśmy przy strapionych – że jeśli pozwolimy Bogu działać, to coś wymyśli. Więc może pomysłem na taką osobę jest „Możesz mieć Boga i mnie gdzieś, ale dla mnie jesteś tak ważny, że będę tu przychodził co tydzień na godzinę i jeśli tylko chcesz, możesz zawsze ze mną wtedy pogadać”? Oczywiście, w przypadku osób, które za 24 h mają egzekucję, trzeba odrobinę przebudować komunikat…

K: Czyli jednak moja odpowiedź „Dobra Nowina” jest tą najwyżej punktowaną :P

J: Tego nie powiedziałem. W ogóle po naszych rozmowach dochodzę do wniosku że bałbym się powiedzieć, że uczynki miłosierdzia są wyżej lub mniej punktowane.

K: To jaka będzie najskuteczniejsza forma pocieszenia? Bo o tym mówimy, a nie o rankingu ważności uczynków;).

J: Dopasowana do człowieka, którego pocieszam. A nie do moich ambicji albo wyobrażenia o tym, czego to ja dla niego nie zrobię.

K: To dla którego człowieka Dobra Nowina nie jest Dobrą Nowiną i mu nie może pomóc?

J: Dla takiego, który jej nie chce. Wyobraź sobie taką sytuację: zabiłeś kogoś jadąc samochodem i odsiadujesz wyrok. Nagle przychodzi do Ciebie mułła, którego wcześniej nie widziałeś i (może po wcześniejszym zbadaniu, czego Ci potrzeba i podrzuceniu papierosów) mówi, że Allach Cię kocha i jak się nawrócisz, to na pewno Ci wynagrodzi trudy po wyjściu z więzienia. Byłoby to dla Ciebie pocieszenie?

K: Nie. Ale porównanie słabe, bowiem w Chrześcijaństwie klucz jest w tym, że to jedyna prawdziwa wiara, i to nie tylko teoria – u nas naprawdę wszystko działa, w tym i Dobra Nowina. Nie widzisz różnicy?:P

J: Widzę. Ale Muzułmanin by Ci powiedział dokładnie to samo o jego religii.

K: Gdyby to działało, to by znaczyło, że Pratchett ma rację i bogowie są tworzeni przez wiarę. Ale to tak nie działa. A Pan Bóg owszem, niezależnie od tego, czy ktoś w Niego wierzy, czy nie. Dlatego nie ma znaczenia, do kogo mówisz – Dobra Nowina jest jedna, jest prawdziwa i niesie nadzieję oraz pociechę.

J: Ja nie mówię, że oświadczenie sprawia, że jest to prawda. Ani że Bóg nie działa, jeśli ktoś nie wierzy. Ale mówimy o realnym pocieszeniu, a nie walnięciu komuś otrzaskanego tekstu – nawet, jeśli naprawdę jesteś przekonany do tego, co przekazujesz. Mam nadzieję że się mylę, ale obstawiłbym, że po nocy w więzieniu (nawet, jeśli by trafili tam na chwilę przez pomyłkę) wielu bardzo zagorzałych Katolików na informację, że Bóg i tak ich kocha by chciało Ci przyłożyć.

K: To jak ktoś agresją reaguje na podstawową prawdę wiary, to by znaczyło, że tą wiarę utracił. Nie patrzę tu na pocieszenie, jako wsparcie kogoś dobrym słowem, ale jako na coś, co ma mu dać szczęście. A w sytuacji pobytu w więzieniu (rzekłoby się – beznadziejnej) jakie słowa mogą pomóc? Co tak naprawdę może pocieszyć? Jeżeli ktoś stracił nadzieję, to znaczy, że jego dotychczasowe metody zawiodły. Oglądałem kiedyś taki program w publicznej TV, gdzie gościowi w więzieniu inny więzień powiedział, że Jezus go kocha. Gdy siedział w izolatce za pobicie tamtego (w sensie tego, który mówił o Jezusie), przeżył nawrócenie. Tylko dzięki takiemu, jak to pięknie ująłeś, oklepanemu tekstowi. Teraz ten nawrócony jeździ po więzieniach i daje tą samą nadzieję innym osadzonym. I powiedz mi, że to nie działa;).

J: Może zadziałać. I to pokazuje przykład, o którym mówisz. Ale przypadek to nie generalna zasada (indukcja matematyczna się kłania:-P ). Dla pełnego obrazu powinniśmy sprawdzić, ile osób po usłyszeniu takiego tekstu stwierdziło, że jak tylko tyle Kościół ma do zaoferowania, to to lipa i nie ma co się bawić w Katolicyzm. I takie historie z życia osób, które żyły bez większych problemów, a nie tych, które znalazły się w więzieniu.

K: Hola hola – mówimy o konkretnej sytuacji, o więźniu, który nazajutrz ma egzekucję. Bardziej ogólnie są zapewne też inne metody, niż wiara. Ale wydaje mi się, że w sytuacji tak beznadziejnej, pomóc może jedynie siła nadprzyrodzona. Bo zakładam, że pocieszanie w stylu „zobaczysz, dorwę ich” nie będzie aktem miłosierdzia.

J: To zależy… może chcesz przekazać „Znajdę tych, co Cię wrobili i przekażę im, że im przebaczyłeś”.

A jeszcze w temacie Dobrej Nowiny i więzienia – czy w ogóle uważasz, że więzienie to dobre miejsce do ewangelizacji i czy warto tam ewangelizować każdego?

K: W ogóle tak. Ale rozumiem, że coś knujesz i słówko „każdego” na końcu nie jest przypadkowe?;)

J: Nie, nic nie knuję. Tylko przypomniał mi się przypadek buddysty, który oskarżył polskie więzienie o to, że w czasie odsiadywania wyroku musiał jeść posiłki mięsne. I się zastanawiam, czy w jego przypadku dobrym pomysłem byłaby ewangelizacja z przekazem „Ochrzcij się, to będziesz miał problem tylko w piątki”.

K: Generalna zasada jest, że ewangelizacja nie zadziała, jak ktoś nie chce być zewangelizowany. W więzieniu nie ma w tej kwestii żadnej różnicy.

J: Hmm… a to nie przeczy temu, co powiedziałeś przed chwilą – że warto każdego ewangelizować?

K: Nie, jeżeli ktoś tego nie chce, to nie ma znaczenia kwestia „warto/nie warto”. To jest jego wybór i jeżeli pan Bóg go szanuje, to dlaczego my byśmy nie mieli? Tak mi się przynajmniej wydaje.

J: A może Bóg, szanując jego wybór, posyła nas, żebyśmy jeszcze spróbowali, skoro On sam „nie mógł”?

K: No to szanując wybór, czy nie? „Tak, wiem, nie chcesz, rozmawialiśmy o tym tysiąc razy. Ale spróbujmy znowu”…

J: No właśnie… czy to nie jest tak, że wybór jest czymś, co dokonało się w przeszłości, a Bóg daje szansę dotyczącą przyszłości? I może właśnie taką dobrą nowinę można przekazać więźniowi: że niezależnie od tego, co dotychczas wybierał, u Boga ma przyszłość. I to nawet, jeśli za 24 godziny ma egzekucję.

K: Czyli jednak – pociecha Dobrą Nowiną zawsze spoko.

J: Kurcze, cały czas powtarzasz to „Dobra Nowina”. A co to tak naprawdę znaczy?

K: Ewangelia to po grecku Dobra Nowina. A o czym jest Ewangelia chyba nie trzeba tłumaczyć;).

J: Wytłumacz.

K: W skrócie – wieść o tym, że Bóg nas kocha i dzięki Jego Synowi jesteśmy zbawieni.

J: Tak, jak mówiłem – na pewno nie zaczynałbym od tego.

Teraz nasunęło mi się jeszcze jedno: jeśli idziesz pocieszać więźnia, to też dajesz świadectwo, że ma szansę na przebaczenie. A nawet, że jakaś część społeczeństwa (w sensie: Ty) już mu przebaczyła to, co zrobił.

K: To jakbyś taką procedurę pocieszania więźnia przeprowadził?

J: Zacząłbym od sprawdzenia, jak to robią profesjonaliści:-).  A jeśli nie miałbym na to czasu…  Pewnie rozmawiałbym tak,  jak z innym pasażerem w pociągu, który zaczyna opowiadać o całym swoim życiu.  Czyli przede wszystkim słuchał.

K: A dalej? Kiedyś by przestał mówić;).

J: To wtedy bym pewnie albo palnął jakąś totalną głupotę, albo pozwolił Duchowi Świętemu działać i wkładać mi słowa w usta. W sumie – jedno nie wyklucza drugiego…

K: A co z więźniami, którzy mają perspektywę wyjścia z więzienia (w naszych warunkach to chyba niemal wszyscy)? Jak tych pocieszać? A może nie trzeba?

J: Jak człowiek jest weselszy, to czas szybciej płynie, więc warto pocieszać nawet tych, którzy mają parę miesięcy… Ale żeby na to pytanie dokładnie odpowiedzieć, trzebaby wejść w strukturę społeczeństwa więźniów i takie tam, a na to chyba czasu nie mamy. Za to nasunęło mi się jeszcze jedno – pomiędzy więźniami w więzieniach a ludźmi uwięzionymi przez „znaki czasów”… Czy w tym uczynku pocieszamy też te osoby, które są skazane na dozór (czy to elektroniczny, czy meldowanie się co jakiś czas na komisariacie)?

K: A oni nadal pasują do definicji więźnia? Nawet jak nie, to jakoś ta wolność jest ograniczone i jeżeli potrzebują pociechy, to czemu nie?

J: No właśnie to jest pytanie… Kto jest dzisiaj więźniem, którego trzeba pocieszyć.

K: Ludzie w więzieniu – to jest oczywiste. O ile to można rozszerzać? Ludzie uwikłani w nałogi też są jakoś uwięzieni. Ludzie są uwięzieni w złych relacjach, nie raz nie mogą się też wygrzebać z jakichś trudnych doświadczeń z przeszłości. Dużo by można podciągnąć. Pytanie – czy ten uczynek jest za mało precyzyjny? Bo wydaje mi się, że to nie jest kwestia nieaktualności.

J: Może to tylko świadczy o tym, że kiedyś ludzie lepiej korzystali ze swojej wolności, więc łatwo było zidentyfikować tych, którym tę wolność ograniczono. A teraz miłosierny musi się wysilać, żeby znaleźć prawdziwego więźnia.

K: Myślę, że nie – zawsze były jakieś uzależnienia, tylko było mniej możliwości.

J: Czyli warto, na początek, poświęcić energię na szukanie więźniów w swoim otoczeniu, a dopiero potem przejść do pocieszania?

K: A w poprzednich uczynkach chcieliśmy specjalnie szukać potrzebujących? Czy raczej mówiliśmy o reagowaniu na potrzeby, które napotkamy (nie szukawszy ich specjalnie)?

J: Według mnie, jeżeli ktoś chce robić miłosierdzie, musi mieć oczy otwarte i być czujnym.

K: To jasne. Ale czujność i otwarte oczy nie są jednoznaczne z aktywnym szukaniem. Poza tym zakładam, że nie chodzi o szukanie specjalnie więźniów zaniedbując przy okazji innych potrzebujących, których nie raz nie trzeba nawet specjalnie szukać.

J: Dlatego powiedziałem o robieniu miłosierdzia, a nie o pocieszaniu więźniów:-).

K: Czyli proaktywność, że tak użyję modnego słówka;).

J: Co jest, według mnie, jednym z kluczy do robienia miłosierdzia:-).

K: I do robienia kariery – no proszę, nie pomyślałbym, że jednym z wniosków z tej rozmowy będzie podobieństwo między uczynkami miłosierdzia, a korpo:P. Jakie jeszcze inne, może już mądrzejsze, wnioski?

J: Bo Kościół ma być taką korpo miłosierdzia:-). Nasza mądrość i tak jest głupotą, więc innych wniosków – brak.

K: To może w ramach podsumowania, tak ode mnie – ciężko jasno określić, kogo można nazwać więźniem – czy tylko tych za kratami, czy też tych uwikłanych w nałogi czy inne zniewolenia. Ale jestem na 100% przekonany, że miłosiernie będzie pocieszać wszystkich. Niezależnie od „katalogu”;).


A Ty jak sądzisz – kto jest dzisiaj więźniem, którego trzeba pocieszyć i jak to zrobić?

PS. Jeszcze tylko przypomnę, że konkurs ogłoszony w 10 odcinku Rozmów został już rozstrzygnięty i wyniki znajdziesz przy recenzji gry „Inspire”.


Z Krzychem poznaliśmy się jakieś 9 lat temu i chyba parę osób razem uratowaliśmy za czasów ratowniczych.

Razem ze swoją żoną są ostro zaangażowani w ŚDM i to dzięki nim nagrałem świadectwo na Młodych Misjonarzy Miłosierdzia. To nasunęło mi pomysł, żeby pogadać z Krzyśkiem o uczynkach miłosiernych – bo tego tematu zbytnio nie rozumiem. Krzysiek stwierdził, że sam też nie jest ekspertem i chętnie spróbuje ze mną zgłębić zagadnienie. Tak zrodziły się RoMy – Rozmowy o Miłosierdziu. W ciągu Wielkiego Postu i Okresu Wielkanocnego (a także trochę czasu po nim, bo nie wyrobiliśmy się…) przedstawimy Wam 14 rozmów, w których będziemy się dzielić naszymi przemyśleniami na temat poszczególnych uczynków miłosiernych względem duszy i ciała.