RoMy #1: Grzeszących upominać

Poznajcie Krzycha. Znamy się od prawie 9 lat i chyba parę osób udało nam się razem uratować za wspólnych czasów ratowniczych.

Razem ze swoją żoną są ostro zaangażowani w ŚDM i to dzięki nim nagrałem świadectwo na Młodych Misjonarzy Miłosierdzia. Zaproponowałem Krzyśkowi, żebyśmy w Wielkim Poście i Okresie Wielkanocnym zrobili RoMy – Rozmowy o Miłosierdziu. Ponieważ sam do końca nie rozumiem uczynków miłosierdzia poprosiłem go, żeby pomógł mi Wam przybliżyć ten temat. Krzysiek sam twierdzi, że też nie jest ekspertem i chętnie spróbuje ze mną zgłębić zagadnienie. W efekcie tego przedstawimy Wam 14 rozmów, w których aż do Zesłania Ducha Świętego będziemy się z Wami dzielić naszymi przemyśleniami na temat uczynków miłosiernych względem duszy i ciała. Dzisiaj przedstawiam zapis naszej pierwszej rozmowy – o upominaniu grzeszących.

Krzychu: Zdarzyło Ci się powiedzieć komuś, że to co robi to grzech i że powinien się poprawić?

Janek: Zdecydowanie tak. Chociaż z perspektywy czasu zastanawiam się, czy to było dobre. To, że wskazałem grzech – przynajmniej w niektórych przypadkach – jest bezdyskusyjne. Ale ważniejsze może być to, jak to zrobiłem. Wydaje mi się, że często nie robiłem tego po to, żeby komuś dać szansę na nawrócenie się i odejście od grzechu (chociaż oczywiście, tak to sobie tłumaczyłem), ale po to żeby pokazać – chociaż przed samym sobą – że ja jestem lepszy. A przynajmniej nie tak bardzo zły.

Drugą sprawą jest sposób, w jaki to robiłem. Jak wiesz, jestem raczej kimś bezpośrednim i moje upominanie też takie jest. Teraz myślę, że upomnienie grzesznika musi mieć w sobie coś z miłości, żeby było miłosierne. Że chodzi pokazanie troski o grzesznika i chęć uratowania go. Upomnienie nie ma być potępieniem, tylko wzięciem odpowiedzialności za grzesznika.

K: Powiedziałbym więcej – takie upominanie całe ma być z miłości, a nie tylko coś z niej mieć. Sądząc po Twojej samokrytyce, efektem nie było nawrócenie grzesznika? Może chociaż Ty, przynajmniej na chwilę, poczułeś się lepiej? ;)

J: Na dłuższą metę – na pewno nie. Nawet po wyjęciu drzazgi z oka bliźniego, belka w moim oku nadal mnie uwierała.

K: Po co więc mówiłeś komuś, że grzeszy? Skoro ani jemu to nie pomogło, ani Tobie?

J: Bo myślałem, że pokazanie komuś grzechu, którego może nie zauważa, samo w sobie jest dobre. Uważałem to za jakieś jednorazowe zdarzenie: widzę, że ktoś grzeszy, upominam go i idę dalej. Nie przejmuję się tym więcej. Teraz uważam, że w upomnieniu ważne jest wzięcie odpowiedzialności za grzesznika, którego spotykam. Upominając kogoś pokazuję, że nie jest mi obojętny i że widzę, że stanowimy wspólnotę. Wspólnotę, w której on może w danej chwili sobie nie do końca radzi, więc biorę na siebie ciężar odpowiedzialności, żeby mógł się wygrzebać z grzechu.

K: A trzeba upominać grzesznych? Co w sytuacji, gdy ktoś twierdzi, że to co robi nie jest grzechem?

J: Powiedzmy, że idziesz przez osiedle i widzisz, że przy jednym drzewie ktoś postawił krzesło, stanął na nim, zawiązał na gałęzi sznur z pętlą i właśnie tę pętle zakłada sobie na szyję. Co robisz?

K: Myślę, że to performance i że to pewnie sztuka nowoczesna, której – jak zwykle – nie rozumiem. Ale dobra, wiem o co Ci chodzi – podchodzę i pytam, czy może mu w czymś pomóc (w domyśle jakaś rozmowa albo co, nie kręcenie sznura albo odkopnięcie krzesła).

J: A jak odpowie, że nie potrzebuje? Albo żebyś nie wtrącał się, bo nie robi nic złego?

K: Nie wychodź ze swojej roli – ja pytam, Ty odpowiadasz:P. A tak poważnie, to nie mam pojęcia co bym zrobił. Próba samobójcza w miejscu publicznym jeszcze mocniej wskazuje nie na chęć skończenia swojego życia, ale na wielką potrzebę zwrócenia uwagi – wydaje mi się, że choćby próba zagadania i podjęcia jakiejś rozmowy może dać efekt.

J: Wydaje Ci się. Ale idziemy w scenariusz taki, jak opisałem.

K: Serio – nawet dla samego zyskania czasu bym próbował zagadać, dowiedzieć się czy jakoś nie mogę pomóc. Słyszałem, że zdecydowana większość prób samobójczych to próba zwrócenia na siebie uwagi, że ludzie się czują mega samotni. Ta sytuacja tym mi trąci. Ale do rzeczy – pewnie chodzi Ci o to, żeby taką osobę jakoś powstrzymać, bo prawdopodobnie mylnie jej się wydaje, że to dobre rozwiązanie. A wiemy, że wcale nie jest takie dobre.

J: Chodzi mi o dowiedzenie się, co zrobisz, a nie o podawanie teorii, co taka osoba myśli. Ale OK, już wiem – jeśli by Cię spławiła, to nadal byś próbował rozmawiać.
Na tym przykładzie – tylko dobitniej, z użyciem prawdziwego sznura, krzesła i jednego osadzonego – wytłumaczył mi upominanie grzeszących kapelan któregoś więzienia (po szybkim researchu wydaje mi się, że był to ks. Tomasz Źwiernik) w czasie Saletyńskich Dni Młodych w 2008 roku.

Zobacz – nie miałeś wątpliwości co do tego, że jakoś byś zareagował widząc kogoś, kto chce odebrać sobie życie. Nie dałbyś też mu spokoju nawet jakby powiedział, że nie chce Twojej pomocy. To jest odpowiedź na Twoje wcześniejsze pytanie. Tak, warto upominać grzeszących – bo jak widzisz kogoś, kto grzeszy to jest to dokładnie taka sama sytuacja, jakbyś widział kogoś, kto zakłada sobie pętlę na szyję. Jeśli ktoś uważa, że to nie jest grzechem – to tak samo jakby Cię przekonywał, żebyś nie przeszkadzał mu, jak się wiesza.

A w tym, jak odpowiedziałeś widać też dwie „fajne” rzeczy. Po pierwsze: napisałeś, że uznałbyś próbę samobójczą za performance. Wydaje mi się, że właśnie w ten sposób wiele osób patrzy teraz na grzech (swój lub innych). Że to nie jest rzeczywistość. Że to nie jest coś, co naprawdę może kogoś zabić. To tylko gra, sztuka, przedstawienie i zabawa. I że można obok tego przejść obojętnie albo chwilę popatrzeć i iść dalej, jakby tego nie było.

Druga rzecz: mocno trzymałeś się stwierdzenia że wiesz, co robi i myśli osoba, którą widzisz. Że to, co słyszałeś o podobnych przypadkach musi odpowiadać sytuacji, którą spotkałeś. Przy napominaniu trzeba pamiętać, że rozmawiasz z konkretną osobą w konkretnej sytuacji. Dlatego miłosierne jest upominanie, a nie potępianie grzeszących. To ma być wskazanie drogi do poprawy, a nie osądzenie. Danie komuś szansy, żeby mógł stać się lepszy. Z resztą – może po upomnieniu ktoś w rozmowie wytłumaczy Ci że to, co wydawało Ci się grzechem, wcale nim nie jest – i wtedy obaj wyjdziecie z tego lepsi.

K: Masz rację w tym, że próbuję wejść w głowę takiej osoby i odgadnąć co myśli – na wzór Herculesa Poirota;). Z tym, że on w tym jest znacznie lepszy, no ale każdy kiedyś zaczynał. Broniłbym tezy o publicznym popełnianiu samobójstwa, ale nie to jest przedmiotem rozmowy. Dobre porównanie, jest to odpowiedzią na moje pytanie. Dobrze ująłeś też problem dostrzeżenia grzechu – dla wielu jest on zupełnie abstrakcyjny, nierzeczywisty – taki księżowski straszak na niepokornych. Wydaje mi się, że to jest istotna kwestia w tym uczynku miłosierdzia – upominać grzeszących, którzy w znakomitej większości nie wiedzą, że grzeszą. Nie należy jednak pomijać też tych grzeszących, którzy wiedzą o swoim grzechu. Ma to sens?

J: Dla mnie ma. Według mnie warto też pamiętać że pierwszym grzeszącym, którego mam upominać, jestem ja sam. I to dokładnie na takich samych zasadach, jak pisaliśmy o upominaniu innych – nie mam potępić samego siebie, tylko zobaczyć grzech, wziąć odpowiedzialność za to, co robię i poszukać drogi do tego, żebym przestał grzeszyć.

K: Być miłosiernym wobec samego siebie – to mi jeszcze nigdy nie przyszło do głowy;). To teraz pytanko na podsumowanie, jak na spotkaniu oazowym – czego się nauczyłeś z tej rozmowy? Co po niej się zmieni?

J: Bycie miłosiernym względem może być o wiele bardziej wymagające, niż miłosierdzie względem innych. Przynajmniej dla mnie jest. Łatwo jest mi wybaczyć, jeżeli ktoś pospał pół godziny dłużej i spóźnił się na spotkanie. Ale wolisz nie wiedzieć co myślę o sobie, jeśli sam obudzę się pięć minut po budziku. Ale o tym może porozmawiamy przy innej okazji.

Co się zmieni po tej rozmowie? Pewnie dlatego nigdy nie zatrzymałem się na dłużej w Oazie:-). Teraz mogę Ci powiedzieć tylko, że „słudzy nieużyteczni jesteśmy, zrobiliśmy tylko to, co powinniśmy wykonać” (Łk 17, 10). Poczuliśmy, że warto porozmawiać o uczynkach miłosiernych – porozmawialiśmy. Chcieliśmy przygotować zapis tej rozmowy do opublikowania – przygotowaliśmy. Niedługo go opublikuję, bo tak zaplanowaliśmy. O to, co się zmieniło, zapytaj mnie za kilka tygodni.


Co prawda nasza rozmowa fizycznie się skończyła, ale jesteśmy cały czas otwarci na dyskusję na temat tego uczynku miłosiernego. Jeśli chcesz, możesz do niej dołączyć komentując ten tekst.

Jeśli jesteś tu po raz pierwszy i nie chcesz przegapić żadnej rozmowy, zapisz się na newsletter – formularz znajdziesz na prawo od rozmowy.