Posiłek z emocjami (Łk 24, 35-48)

W środku dzisiejszej Ewangelii pada stwierdzenie, które mnie wybiło z równowagi. Apostołowie, gdy przyszedł do nich Zmartwychwstały Jezus, byli w stanie, którego nawet nie potrafię sobie wyobrazić: „z radości nie wierzyli”. To ono przykuło moją uwagę i doprowadziło mnie do odnalezienia w tym tekście paru wskazówek co do modlitwy. Jeśli nie potrafisz odnaleźć w modlitwie spotkania z Bogiem – dzisiejszy fragment Ewangelii jest dla Ciebie.

Wydaje mi się, że jak się z czegoś cieszę, to wierzę, że to się stało albo stanie. W opisie świętego Łukasza jest inaczej. Na początku myślałem, że Apostołowie cieszyli się, chociaż nie byli pewni co do tego, co się stało w nocy, ale w końcu odkryłem, że nie o to chodziło autorowi. Radość i niewiara uczniów w Jerozolimie były sprzężone – przez to, że się cieszyli nie potrafili jeszcze uwierzyć w Zmartwychwstanie. Ja nie potrafię sobie wyobrazić w tym momencie sytuacji albo stanu, w którym cieszę się z czegoś tak, że aż nie wierzę w to, co jest powodem tej radości. Dlatego właśnie postanowiłem poszukać, co może się kryć za takim opisem.

Pierwszą wskazówką, jaką znalazłem jest połączenie w jednym zdaniu emocji i wiary. W niektórych wspólnotach, z którymi się spotkałem, panowało mocne przekonanie, że właśnie emocje wyrażają wiarę i są wyznacznikiem udanej modlitwy. Modlitwa miała być czymś, z czego wychodzi się wesołym, zmęczonym, zamyślonym lub w jakimś innym, ale konkretnym stanie. Owocem modlitwy miało być osiągnięcie wybranego stanu emocjonalnego. Sam czasami faktycznie coś takiego czułem, ale zazwyczaj wychodziłem ze spotkania z uczuciem „no i co jest ze mną nie tak, że nic nie czuję?”. Nie chcę tutaj krytykować żadnego ruchu ani wspólnoty – ich różnorodność jest dobra, bo każdy może znaleźć jakąś dla siebie – ale może święty Łukasz na przykładzie Apostołów chciał pokazać, że u mężczyzny modlitwa i emocje nie idą ze sobą w parze.

Modlitwa, przede wszystkim, ma być spotkaniem ze Zmartwychwstałym Barankiem. Apostołowie mieli ku temu doskonałe warunki – w końcu Jezus fizycznie przed nimi stał – ale przez emocje nie mogli w sobie wzbudzić aktu wiary w Zmartwychwstanie. I tak samo może być w modlitwie każdego z nas, jeżeli pozwalamy dominować emocjom. Kiedyś sam u siebie odkryłem, że z czasem coraz mniej emocji towarzyszy mojej modlitwie. Początkowo trochę mnie to niepokoiło, ale w końcu uznałem, że to właśnie kierunek postępu dla mężczyzny. A kiedyś nawet znalazłem potwierdzenie tego w książce o. Joachima Badeniego – ale nie pamiętam już, której.

Gdy popatrzyłem na tekst dzisiejszej Ewangelii z perspektywy modlitwy, znalazłem jeszcze dwie wskazówki, których Jezus udziela uczniom w sprawie modlitwy.

W pierwszej wskazówce padają stwierdzenia „popatrzcie” i „dotknijcie”. W innych tłumaczeniach są to wyrażenia jeszcze mocniejsze „patrzcie” i „dotykajcie”. Widzę w tym wezwanie do wiary w prawdziwą obecność Boga przy każdym z nas. Sam często łapię się na „wierze” w bliskość Boga sprowadzonej do pomyślenia „no, Bóg jest blisko mnie, ale…” i pójścia dalej. Zgodnie z tym, co powiedział Jezus (i w czym specjalizuje się modlitwa karmelitańska, jeśli się nie mylę) może dobrym pomysłem jest nie poprzestawanie na prostym akcie wiary, ale wchodzenie w tę bliskość Boga. Bliskość tak intensywną, że będziesz Go dotykał i oglądał Jego rany. Że będziesz tę obecność czuł.

Drugą wskazówką jest pytanie „Macie tu coś do jedzenia?”. Jezus nie zaczął spotkania z uczniami od nauczania – najpierw razem zjedli posiłek (chociaż raczej to On jadł, a oni patrzeli, bo nie mogli ze zdziwienia nic przełknąć). Jedzenie jest czymś normalnym, co każdy z nas robi około pięciu razy dziennie. Pewnie wiele osób nawet nie zauważa, że w międzyczasie coś zjadło. Myślę, że Jezusowi chodziło właśnie o to, żeby uczniowie dopuścili Jego obecność przez cały czas – nawet w czasie tak codziennej czynności, jaką jest jedzenie.

W dzisiejszym fragmencie Ewangelii Jezus zaczął rozmawiać z Apostołami dopiero po tym, jak Mu się przypatrzyli, dotknęli Go i zjedli z Nim kolację. Swoją wypowiedź zaczął od „To właśnie znaczyły słowa, które mówiłem do was, gdy byłem jeszcze z wami”. To znaczy, że nie powiedział im po Zmartwychwstaniu nic nowego ani nie zmienił nic ze swojego nauczania. Ale Jego stare słowa mogli zrozumieć dopiero, gdy dotknęli Zmartwychwstałego i pozwolili Mu uczestniczyć w ich codzienności.

Być może masz tak, że nigdy nie czułeś, żeby Bóg naprawdę z Tobą rozmawiał. Może uważasz, że przeznaczanie czasu na modlitwę jest bez sensu. Może potrafisz siedzieć długo nad Pismem Świętym i nic nie potrafisz z niego zrozumieć. Jeśli tak jest, spróbuj zastosować się do rad z dzisiejszej Ewangelii: wycisz emocje, pozwól sobie na bliskie spotkanie ze Zmartwychwstałym i wprowadź Go w swoją codzienność. Może – jak Apostołowie – dopiero wtedy usłyszysz to, co Bóg mówi do Ciebie już od dawna.

A stanu „z radości nie wierzyli” nadal nie potrafię sobie wyobrazić.