Papież to wariat! (J 21, 1-19)

Media uwielbiają Papieża Franciszka. I to bardzo dobrze. Ale ich uwagę przykuwają głównie chwile, gdy robi coś niespodziewanego i spontanicznego. Coś, czego nie spodziewają się po namiestniku Kościoła Katolickiego. Mnie żadne jego zachowania nie dziwią. Może dlatego, że już dawno zauważyłem w Ewangelii, że Bóg właśnie totalnie nieprzewidywalnego wariata wybrał na pierwszego Papieża. Więc czemu dzisiaj miałby wybierać innych ludzi?

Jezus ukazał się znowu nad Morzem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten sposób: Byli razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów. Szymon Piotr powiedział do nich: Idę łowić ryby. Odpowiedzieli mu: Idziemy i my z tobą. Wyszli więc i wsiedli do łodzi, ale tej nocy nic nie złowili. A gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus. A Jezus rzekł do nich: Dzieci, czy nie macie nic do jedzenia? Odpowiedzieli Mu: Nie. On rzekł do nich: Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie. Zarzucili więc i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć. Powiedział więc do Piotra ów uczeń, którego Jezus miłował: To jest Pan! Szymon Piotr usłyszawszy, że to jest Pan, przywdział na siebie wierzchnią szatę – był bowiem prawie nagi – i rzucił się w morze. Reszta uczniów dobiła łodzią, ciągnąc za sobą sieć z rybami. Od brzegu bowiem nie było daleko – tylko około dwustu łokci. A kiedy zeszli na ląd, ujrzeli żarzące się na ziemi węgle, a na nich ułożoną rybę oraz chleb. Rzekł do nich Jezus: Przynieście jeszcze ryb, któreście teraz ułowili. Poszedł Szymon Piotr i wyciągnął na brzeg sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu pięćdziesięciu trzech. A pomimo tak wielkiej ilości, sieć się nie rozerwała. Rzekł do nich Jezus: Chodźcie, posilcie się! Żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu pytania: Kto Ty jesteś? bo wiedzieli, że to jest Pan. A Jezus przyszedł, wziął chleb i podał im – podobnie i rybę. To już trzeci raz, jak Jezus ukazał się uczniom od chwili, gdy zmartwychwstał. A gdy spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci? Odpowiedział Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś baranki moje. I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie? Odparł Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś owce moje. Powiedział mu po raz trzeci: Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie? Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: Czy kochasz Mnie? I rzekł do Niego: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego Jezus: Paś owce moje. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz. To powiedział, aby zaznaczyć, jaką śmiercią uwielbi Boga. A wypowiedziawszy to rzekł do niego: Pójdź za Mną!

Chciałbym się z Tobą przypatrzeć zachowaniu Piotra opisanemu w dzisiejszej Ewangelii. Zachowaniu, które doprowadziło go do bycia liderem rodzącego się Kościoła i gościem, który nawet swoim cieniem potrafił uzdrawiać (Dz 5, 15).

Przy okazji Wielkanocy pisałem o Szymonie-Piotrze, który w poranek wielkanocny wykazał się aktywnością i umiejętnością wyjścia poza to co zna, żeby zrozumieć, co to znaczy „powstać z martwych”. W ten sam dzień, w który wszedł do pustego Grobu, spotkał Jezusa w wieczerniku. I tydzień później też, gdy Tomasz weryfikował Zmartwychwstałe ciało Jezusa.

Dzisiejsza Ewangelia zaczyna się od stwierdzenia, że po tych wydarzeniach i trzech latach przeżytych z Jezusem, Piotr postanowił wrócić do swojego starego życia – do łowienia ryb. Tak po prostu. W niecałe 26 dni po drugim spotkaniu Zmartwychwstałego w wieczerniku stwierdził, że ten etap życia już się zamknął i trzeba zacząć jakoś zarabiać na życie. A że w grupie Dwunastu był liderem, pociągnął za sobą jeszcze sześciu Apostołów.

Tak więc zaczynamy od Piotra w kryzysie. I to jest ważne.

W czasie łowienia ryb – a raczej po nocy spędzonej na jeziorze na darmo – nad ranem spotykają Jezusa. I tutaj Piotr, który w ciągu ostatnich trzech lat był osobą, z którą Jezus spędzał najwięcej czasu, który miał się Go nie zaprzeć, który miał odwagę wejść do grobu i który już widział Go dwa razy po Zmartwychwstaniu, nie rozpoznał Nauczyciela. Ani jako osoby, ani w znaku obfitego połowu (który Piotr już znał). Dopiero Jan musiał mu powiedzieć, że na brzegu stoi Jezus.

Więc mamy gościa w kryzysie, który nawet nie potrafi rozpoznać Boga, z którym był w bardzo bliskiej relacji przez dużą część swojego życia.

Gdy Piotr usłyszał słowa Jana, ma miejsce jedna z moich ulubionych scen w Ewangelii: Kefas stwierdza, że jest prawie nagi i głupio mu tak przed Mesjaszem paradować, więc ubiera się. A zaraz po tym – rzuca się w wodę, żeby przepłynąć około 90 metrów na brzeg. Logiczne, prawda? Co więcej – płynie na brzeg po to, żeby być przy Jezusie szybciej niż inni uczniowie, którymi przecież miał się opiekować.

Więc mamy gościa w kryzysie, który nie potrafi rozpoznać Boga, działa chaotycznie i nie myśli o innych.

Na brzegu Piotr sam wyciąga na brzeg sieć ze stu pięćdziesięcioma trzema „wielkimi rybami”. Nie jest to może bardzo widoczne, ale jak się nad tym zastanowić, ta sieć musiała trochę ważyć. Jeśli „wielka ryba” ważyłaby 1 kg, to Piotr musiał dostać takiego kopa adrenaliny, że wciągnął na brzeg 153 kilogramy. A bardzo możliwe, że „wielka ryba” waży trochę więcej. I trzeba dodać to tego wagę mokrej sieci, która te ryby była w stanie pomieścić. Poza tym – skoro wiemy, że ryb było akurat sto pięćdziesiąt trzy, to Piotr musiał je wtedy przeliczyć. Więc, chociaż tak bardzo spieszył się do Jezusa, po przepłynięciu 90 metrów i przywitaniu się, siadł na brzegu, żeby dokładnie przeliczyć ryby. Co, tak na oko, musiało mu zająć parę albo paręnaście minut (jeśli są wśród Was rybacy, mogą sprostować moje szacowanie).

Więc mamy gościa w kryzysie, który nie potrafi rozpoznać Boga, działa chaotycznie, nie myśli o innych i traci czas. Ale przynajmniej ma krzepę.

Potem następuje znana wymiana słów pomiędzy Jezusem a Piotrem, o której pewnie wielu księży będzie mówiło w czasie kazań, więc ja ją pominę.

Wspomnę za to o czymś, czego w niedzielnym czytaniu już nie usłyszysz. Kościół uciął to czytanie na słowach Jezusa „Pójdź za mną”. Wyobrażam sobie, że Jezus wtedy zaczyna iść w jakimś kierunku. A nawet jeśli stoi w miejscu, to twarzą do Piotra, który właśnie wyznał mu miłość. Święty Jan, który to wszystko widział, napisał w następnym zdaniu (J 21, 20) – tuż po tych słowach Jezusa – że Piotr obrócił się wtedy plecami do Jezusa i zaczął Go wypytywać o dalszy los właśnie autora Ewangelii.

Więc mamy wysportowanego gościa w kryzysie, który nie potrafi rozpoznać Boga, działa chaotycznie, nie myśli o innych, traci czas i nie umie zastosować się nawet do najprostszego polecenia Jezusa tylko robi to, co mu w danej chwili przyjdzie do głowy.

I wiesz co? Właśnie takiego kogoś Bóg wybrał na Papieża. Właśnie takiego Namiestnika chce mieć nad Kościołem na ziemi.

Jeśli ciągle (a przynajmniej czasami) czujesz w swoim życiu, że jesteś w kryzysie, nie potrafisz rozpoznać działania Boga ani dostosować się do tego, co On mówi, wydaje Ci się, że otacza Cię chaos, łapiesz się na robieniu rzeczy bezsensownych i marnowaniu czasu i uciekasz od odpowiedzialności za innych, to prawdopodobnie jesteś idealnym kandydatem na Papieża. A jeśli z jakiegokolwiek względu nie aspirujesz do tej funkcji – to przynajmniej na świętego.

Tylko powiedz Bogu, że On wie, że Ty Go w tym wszystkim kochasz.