Osobno (Mt 17, 1-9) zdjęcie: reymark-franke@unsplash.com

Osobno (Mt 17, 1-9)

Czasami jest tak, że już prawie-prawie mam gotowy wpis, po czym stwierdzam, że powinienem napisać zupełnie o czymś innym. Tak było i tym razem. Przygotowałem wpis o staniu na dwóch nogach – czyli Prawie i Prorokach – ale przy kolejnym czytaniu Ewangelii zauważyłem jedno słowo, które nie dało mi spokoju. Ciekawe, czy Ty też je zauważyłeś.

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie! Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: Wstańcie, nie lękajcie się! Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im mówiąc: Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie.

Popatrzmy na pierwsze zdanie tego czytania:

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno.

Zawsze wyobrażałem to sobie tak, że Jezus powiedział „Piotrek, Jan, Jakub – ze mną. Reszta ma fajrant”. Albo coś w tym stylu. Potem wziął tych trzech wybranych i zasuwali razem na Tabor, a potem razem wrócili.

Dopiero teraz zauważyłem, że to zadanie kończy się słowem „osobno”. I trochę zgłupiałem.

Bo jak to miało wyglądać? Jezus najpierw wyprowadził Piotra, potem zostawił go na górze i wrócił po Jakuba, a potem jeszcze raz zszedł po Jana? A może jak już miał tylko ich trzech powiedział słowa wprost z selekcji: „Widzimy się na tamtym szczycie. Nie wolno wam iść w grupie” i zostawił ich z opadniętymi szczękami?

W wersji NRSV to zdanie brzmi:

Jesus took Peter, James, and John his brother, and led them up a high mountain by themselves.

i chociaż „by themselves” oznacza właśnie „osobno”, to mi nasuwa właśnie to drugie wyobrażenie – że każdy z nich musiał sam wypracować jakąś drogę do miejsca wyznaczonego na spotkanie. Każdy musiał sam parę razy się zgubić, chcieć zawrócić, pożałować, że coś ze sobą zabrał albo że czegoś zapomniał i tak dalej. Jeśli zdarza Ci się wychodzić poza miasto dobrze wiesz, o czym mówię.

Ale w tym samym zdaniu pada stwierdzenie „zaprowadził ich”, co zgadza się z angielskim „led”. Tak, jakby Jezus cały czas przy każdym z nich był i wskazywał mu najlepszą drogę na górę. To już totalnie zbiło mnie z tropu ale cały czas krążyło mi po głowie, że przecież coś podobnego się działo parę rozdziałów dalej – po Zmartwychwstaniu. Wtedy Jezus potrafił błyskawicznie pojawiać się i znikać – a to w wieczerniku, a to w drodze do Emaus, a to nad Jeziorem Genezaret.

Tradycja Kościoła mówi, że Jezus wziął apostołów na Górę Tabor, żeby umocnić ich przed tym, co mieli przeżyć w czasie Jego procesu i egzekucji. Żeby przygotować ich na zło, które miało Go spotkać. Ale jak pokazuje relacja z Golgoty – nie udało się. Został tylko Jan, reszta uciekła, a Piotr jeszcze trzy razy się Go wyparł. Może więc Jezus chciał im pokazać coś innego i Mu się to udało?

Zło jest czymś, czego Bóg nie stworzył – jest niebytem. Więc może Jezus biorąc uczniów na Tabor wcale nie myślał o źle, tylko chciał pokazać swoim uczniom jak to będzie po Zmartwychwstaniu. Po zwycięstwie. Dlatego zaprowadził każdego z nich na miejsce spotkania, chociaż szli osobno. Dlatego na górze byli tylko żywi – nawet, jeśli paręset lat wcześniej musieli przejść przez śmierć. Dlatego nie było tam rozróżnienia na świętych i grzeszników. Dlatego można tam było wprost usłyszeć Boga.

To moje przemyślenia na temat tych dwóch słów z dzisiejszej Ewangelii. Nawet jeśli nie mają one grama sensu, to całość ułożyła mi się w obraz Kościoła. Bo jesteśmy jednym Kościołem prowadzonym przez Jezusa do Jego królestwa. A pomimo to – każdy z nas idzie osobno totalnie inną ścieżką na miejsce spotkania z Bogiem. Miejsce, w którym spotkamy się wszyscy razem w Jego obecności.

I to nie jest coś dla paru świętych z obrazków i witraży. To jest coś dla Ciebie, mnie i każdego innego człowieka. Totalnie realne i namacalne dokładnie w tej sytuacji, w której teraz jesteś. Tak, jak było to realne na Taborze dla Piotra, Jakuba i Jana.