obciach Milłsierdzia, zdjęcie: chuttersnap@unsplash.com, CC-0

Obciach Miłosierdzia (Ps 103, 8)

Wczoraj świętowaliśmy Niedzielę Miłosierdzia Bożego. Miłosierdzia, które od w naszych czasach jest taką oczywistą i naturalną perspektywą postrzegania Boga. I to, że niecałe sto lat temu Bóg przez świętą Faustynę nam o tym przypomniał było bardzo ważne, bo On taki JEST. Ale wydaje mi się, że w naszym myśleniu o Miłosiernym Ojcu zatraciliśmy pewną rzecz. To, że Miłosierdzie jest obciachowe.

Miłosierny jest Pan i łaskawy, nieskory do gniewu i bardzo łagodny

Paręnaście miesięcy temu skończył się Rok Miłosierdzia. I to było takie naturalne, że był. Niektórzy mówili, że następny powinien być Rok Sprawiedliwości, ale w mediach społecznościowych te głosy były przyjmowane, mówiąc delikatnie, bardzo różnie. A najlepszym dowodem na stosunek do tego pomysłu jest to, że następny rok nosił miano Brata Alberta. Bo przecież po objawieniach św. Faustyny sprawiedliwość jest taka dziwna, taka… nienaturalna.

A tak naprawdę jest zupełnie na odwrót.

Moje myślenie o Miłosierdziu Bożym uległo gwałtownej zmianie, gdy kilka miesięcy temu przeczytałem apoftegmat Ojców Pustynii znaleziony na stronie Wydawnictwa „Tyniec” (cytuję za ich zgodą):

Do abba Makarego przybył pewien młodzieniec, aby ten uwolnił go od demona. Kiedy stał na zewnątrz celi, przyszedł jakiś brat z innego klasztoru i popełnił z tym młodzieńcem grzech nieczysty. Starzec wyszedł i zobaczył owego brata grzeszącego z chłopcem. Nie oskarżył go jednak, gdyż mówił: „Jeśli Bóg, który ich stworzył, widząc to miał względem nich cierpliwość, bo przecież gdyby chciał, mógłby ich spalić, to kim ja jestem, abym mógł osądzać”.

Gdy to przeczytałem, byłem w szoku. Zatkało mnie i ogłuszyło, jakbym dostał odłamkiem w kamizelkę albo hełm. Musiałem się z tym zmierzyć i stwierdziłem, że… jest dokładnie tak, jak opisali mędrcy pierwszych wieków Chrześcijaństwa.

Że Miłosierdzie Boże powinno być dla mnie szokujące i oburzające. Bo jest absolutnie nienaturalne i wręcz  nie może takie „normalne”, jeśli chcemy je zrozumieć.

Że Miłosierdzie nie należy mi się „z automatu”. Należy mi się tylko dlatego, że Bóg chce być dla mnie Miłosierny.

Co więcej – że tak naprawdę to straszna siara że żyję tak, że tego Miłosierdzia potrzebuję.

Czy to znaczy, że jest coś złego w oczekiwaniu na powtórne przyjście Miłosiernego Boga? Nie. Na nic poza Miłosierdziem nie ma sensu liczyć, bo nic innego na końcu nas nie uratuje. Tacy już jesteśmy.

Tak więc w czekaniu na Miłosiernego trzeba pamiętać, że wraz z nim przyjdzie coś zupełnie dla nas nienaturalnego. Nawet jeśli będziemy się przyzwyczajać do tego przez uczynki miłosierdzia, to na końcu i tak Jego Miłosierdzie nas powali, ogłuszy i zszokuje. I w takiej rzeczywistości będziemy musieli nauczyć się żyć w czasie Apokalipsy.

W temacie Miłosierdzia Bożego polecę Ci jeszcze książkę bp. Rysia „Skandal Miłosierdzia” (gdybym nie wiedział, że ją napisał, to właśnie taki byłby tytuł tego wpisu; link partnerski).

PS. A pamiętasz jeszcze Rozmowy o Miłosierdziu?

PPS. Czytelnicy newslettera mogli szkic tego wpisu przeczytać już cztery miesiące temu. Jeśli też chcesz być tyle do przodu – zostaw niżej swój mail:-).

PPPS. I na złagodzenie tego wpisu, wróć jeszcze na chwilę do grafiki na samej górze. Bo bez Miłosierdzia Bożego wszyscy rozbijemy się o kartony jak Hanka z „M jak Miłość”.