Nie zmogła go kula, demokracja dała radę

Dzięki felietonowi Dawida Karbowiaka dowiedziałem się o sprawie majora Waldemara Nowakowskiego „Gacka”. Gdy poszukałem o niej paru informacji, zrobiło mi się naprawdę smutno. Po pierwsze – bo „Gackowi” zabrano być może całe jego życie. Po drugie – bo naprawdę musi być kiepsko z naszym bezpieczeństwem, skoro wymiar sprawiedliwości boi się 79 letniego mężczyzny z kolekcją popsutej broni.

„Gacek” w wieku 11 lat brał udział w Powstaniu Warszawskim jako łącznik w zgrupowaniu „Waligóra”. Pewnie ze względu na swoją przeszłość, znajomych i przeżycia z dzieciństwa, w życiu dorosłym zainteresował się militariami czasu II Wojny Światowej i zebrał kolekcję około 200 sztuk broni związanej z okresem jego młodości. Broń (zgodnie z ekspertyzą biegłych) nie była w stanie pozwalającym na jej bojowe użycie i, jako kolekcjonerska, nie wymagała posiadania zezwolenia. W praktyce oznacza to, że każdy egzemplarz miał zatopiony zamek lub rozwierconą lufę i nie można było z niego wystrzelić. Wartość takiej kolekcji – jak dla mnie – jest bezcenna. A co dopiero dla człowieka, który w młodości widział, jak tą bronią walczono o wolność Rzeczpospolitej Polski.

major Waldemar Nowakowski
major Waldemar Nowakowski „Gacek” wraz ze swoją kolekcją. zdjęcie: interia.pl

Pan Waldemar zbierał swoją kolekcję przez około 60 lat. Oznacza to, że przez kilkadziesiąt lat komunizmu nikt nie widział w jego hobby problemie. Przez 19 lat demokracji też nie. Ze swoich eksponatów (oprócz broni były to mundury, łuski i sprzęt), powstaniec zrobił w piwnicy małe muzeum, które chętnie pokazywał chętnym osobom. Swoje eksponaty udostępniał też na imprezy i rekonstrukcje związane z II Wojną Światową.

Wszystko działało dobrze do lipcowego ranka sześć lat temu, kiedy to stołeczna Policja uznała, że zbiór eksponatów pozbawionych cech bojowych jest zagrożeniem dla bezpieczeństwa Polski i skonfiskowała całą kolekcję. Sądy co prawda odstąpiły od ukarania majora za nielegalne posiadanie broni (tak, jak wspomniałem – biegli orzekli, że pozwolenie na broń nie było w tym przypadku potrzebne), ale zarządziły przepadek mienia na rzecz Skarbu Państwa. Dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego później wyraził swoje zadowolenie z tego, że w jego instytucji kolekcja wreszcie będzie przechowywana w godnych warunkach.

Nie wiem, czy funkcjonariusze warszawskiej Policji stwierdzili, że boją się prawie 80 letniego mężczyzny posiadającego celowo uszkodzoną (bo na tym polega usunięcie cech bojowych) broń. Może tak, a może po prostu potrzebowali „wykazać się wynikami” i znaleźli sobie łatwy cel. Jeśli to pierwsze – naprawdę uważałem, ze naszą Policję stać na lepsze rozpoznanie i identyfikację potencjalnych zagrożeń dla bezpieczeństwa publicznego.

Niezależnie od tego, jaki cel przyświecał policjantom i sędziom – jest mi naprawdę głupio, że jako państwo potrafimy zniszczyć dorobek życia człowieka, który walczył o naszą wolność. Myślę, że dla majora Nowakowskiego kolekcja była prawie wszystkim. Przede wszystkim dlatego, że pozwalała mu opowiadać i pokazywać młodemu pokoleniu, jak wyglądała walka o naszą wolność siedemdziesiąt lat temu. Na pewno miała dla niego dużą wartość – i mentalną, i finansową.

Teraz, zamiast swojej zbieranej przez 75% życia kolekcji, pan Waldemar ma szanse na 4000 Euro odszkodowania za straty moralne, orzeczonego przez Europejski Trybunał Praw Człowieka. „Ma szanse”, bo Rząd RP, zamiast przyznać się do tego, że coś zrobił nie tak i wypłacić (według mnie) psie pieniądze w stosunku do strat, jakie zadał majorowi „Gackowi”, odwołał się od wyroku i sprawa będzie dalej procedowana.

Osób takich, jak major Nowakowski jest już wśród nas coraz mniej. Sam major też nie jest już w najlepszym stanie zdrowia. Za parę lat nie będzie już nikogo, kto będzie pamiętał II Wojnę Światową i mógłby opowiedzieć, jak wtedy naprawdę było. Dlatego uważam, że powinniśmy bardzo o takich ludzi dbać. Żeby mogli opowiedzieć nam jeszcze jak najwięcej o latach okupacji. Weźmy w tym względzie przykład z polskich Wojsk Specjalnych, a nie Rządu.