Nie przeganiaj anioła (Łk 1, 26-38)

Jedna ze szkół interpretacji Pisma Świętego mówi, że każda z opisanych rozmów Boga lub anioła z człowiekiem w Biblii miała miejsce we wnętrzu człowieka, a autor natchniony rozpoznał w tym wydarzeniu spotkanie z rzeczywistością boską. Zgodnie z tą interpretacją, w czasie zwiastowania nie było żadnego „puf”, po którym w dymie i ogniu pojawił się przed Maryją Gabriel. Po prostu w jakiejś sytuacji poczuła w sobie głos „Bóg jest ze mną i otacza mnie swoją Łaską… a może On chce, żebym urodziła Mesjasza?”.

Maryja, gdy pojawił się w niej pomysł na zmianę historii świata, zgodziła się na to. Miała krótki okres zastanowienia, w którym nie wiedziała, jak to jest możliwe bez męża, ale ostatecznie przyjęła, że Bóg będzie potrafił to załatwić.

Gdy w ten sposób popatrzyłem na Zwiastowanie, zacząłem się zastanawiać, ile razy w życiu przepędziłem anioła, który miał się ze mną spotkać. Ile razy, gdy naszła mnie myśl o czymś, co naprawdę zmieniłoby rzeczywistość, stwierdziłem „nie no, przecież nie ma szans, żeby to się udało”. Nie twierdzę, że każda taka myśl była posłaniem anioła. Ale jeśli niektóre z nich tym były, to chyba większość z nich zakończyłem na etapie pozdrowienia, nawet nie wysłuchawszy propozycji. Odnoszę wrażenie, że przez jakiś czas uczono mnie odruchowo zaprzeczać dobrym rzeczą, które o mnie mówią – i zauważyłem to u wielu innych osób. Jakby to, że z czymś sobie radzimy naprawdę dobrze było powodem do wstydu albo obciachem.

Myślę, że taka sytuacja ma dwie przyczyny i warto się od nich uwolnić. Pierwsza to presja społeczeństwa na równanie do bylejakości. Znam środowiska, w których jeśli ktoś robi coś dobrze, może to negatywnie rzutować na wizerunek innych. Żeby więc nie narażać się swoim współpracownikom, niektóre osoby umniejszają swoje sukcesy stwierdzeniami: „bo tak wyszło”, „bo akurat miałem dobry dzień”, „bo tak naprawdę to ktoś mi pomagał i to jego zasługa”.

zacząłem się zastanawiać, ile razy w życiu przepędziłem anioła, który miał się ze mną spotkać

Drugą przyczyną – ważniejszą – jest nieznajomość prawdy o sobie. Z moich doświadczeń wynika, że wielu z nas (w tym ja) rzadko kiedy żyje w obszarze, w którym ma prawdziwy obraz siebie. Zwykle w naszym życiu przeplatają się okresy, kiedy myślimy o sobie o wiele zbyt negatywnie z takimi, w których mamy się za lepszych, niż jesteśmy w rzeczywistości.

Maryja po prostu wiedziała, kim jest i nie odchodziła od tego w żadną stronę. Nie powiedziała Gabrielowi „E gdzie tam ja, pełna łaski?” i nie przejmowała się tym, co powiedzą ludzie na jej stan. Po prostu pozwoliła Bogu na realizację Jego planu w jej życiu. W czwartą niedzielę Adwentu popatrz na nią i spróbuj się od niej nauczyć takiego podejścia. Przyda się już za parę dni.