kobieta kananejska, zdjęcie: kalen-emsley@unsplash.com, CC-0

Módl się albo giń (Mt 15, 21-28)

„Krok. Krok. Krok. Jeszcze jeden krok. Jeszcze dojdę do tamtego zakrętu i dam sobie z tym wszystkim spokój. Zrezygnuję. No dobra, dociągnę jeszcze do tamtego drzewa. Potem rzucę ten plecak, usiądę i będę siedział, aż po mnie tutaj nie przyjadą”. Myślę że każdy, kto brał udział w selekcji lub ekstremalnym rajdzie doskonale zna te myśli. I wie, że główną różnicą pomiędzy tymi, którzy odpadli, a tymi, którzy ukończyli, jest to, czy potrafili iść dalej pomimo tych myśli. Ale umiejętność ich pokonania przydaje się także tym, którzy od podobnych wydarzeń trzymają się jak najdalej. I to w o wiele ważniejszej rzeczy – modlitwie.

Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: Odpraw ją, bo krzyczy za nami! Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi! On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom. A ona odrzekła: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów. Wtedy Jezus jej odpowiedział: O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! Od tej chwili jej córka została uzdrowiona.

Żeby pokazać Ci coś w tej Ewangelii chciałbym, żebyśmy poparzyli na tę historię z poziomu bardziej ogólnego, niż konkretne osoby i miejsca. No, poza Jezusem – On jest konkretny.

Tyr i Sydon to krainy pogańskie. A kobieta kananejska, to potomkini tych, których Jozue nie wyrżnął zajmując Ziemię Obiecaną.

Tak więc mamy grzesznika. Grzesznika, który mieszka poza miejscem wskazanym przez Boga, czyli po prostu w swoim grzechu. I grzesznika, który do tego Boga woła „Pomóż mi, bo nie chcę żyć ze złym duchem!”

Ale Bóg nie zwraca uwagi na tę modlitwę. A przynajmniej tak się wydaje.

Mamy Kościół – wtedy w osobie dwunastu uczniów – który widzi to i… prosi Boga „Powiedz temu grzesznikowi, że to nie dla niego miejsce, bo robi nam obciach”.

A grzesznik się tym wszystkim nie zraża i dalej prosi Boga. Aż nagle staje z Nim twarzą w twarz tak, że mogą porozmawiać.

Myślę, że to epizod (czasem długi) z życia każdego z nas. Bo kto nie miał czasem wrażenia, że Bóg w ogóle nie zwraca uwagi na niego i jego modlitwy? Kto nigdy w Kościele nie spotkał się z jakąś osobą czy grupą, która uważała się za świętszą od wszystkich i nie życzyła sobie grzeszników (ogólnie albo starannie wyselekcjowanego typu) w swoim otoczeniu?

Tak, chyba każdy z nas przeżył ten fragment życia kobiety z Kanaanu.

Za to nie każdy zdecydował się zaczerpnąć od niej dwóch cech, które wtedy pokazała: wytrwałości, która pozwoliła jej dojść do stóp Jezusa, i wiary, którą sam Jezus pochwalił.

Nie chcę żeby to zabrzmiało jak jakieś tanie pitu-pitu w stylu „módl się i będzie dobrze”, ale przekonałem się, że wytrwała modlitwa ma naprawdę wielką moc.

W XXI wieku przyzwyczailiśmy się już do tego, że wiele rzeczy możemy mieć od razu. Potrzebujesz czegoś się dowiedzieć? Otwierasz przeglądarkę i wpisujesz zapytanie w pasku adresu (pamiętasz może czasy, kiedy żeby znaleźć coś w Google trzeba było najpierw wejść na google.com?). Chcesz coś zjeść? Prawdopodobnie w promieniu 15 minut masz sklep, w którym możesz kupić wszystko, czego zapragniesz. Myślisz o nowym telewizorze, ale nie masz na niego pieniędzy? Już w sklepie z RTV (nawet internetowym) znajdziesz ofertę kredytu konsumenckiego.

Wytrwała modlitwa staje na przekór takiemu podejściu. Wymaga pójścia cicho i daleko. Są takie sprawy – zdrowie swoje lub bliskich, jak w przypadku kobiety z Kanaanu, walka ze słabościami, wychodzenie z nałogów – gdzie człowiek by chciał, żeby po jednej zdrowaśce Bóg zadziałał. No dobra, może nawet po jednym różańcu, jeśli sprawa jest wyjątkowo ważna. I część osób zraża się do Boga czy Kościoła, gdy nie ma szybkich efektów.

Dzisiejszy fragment Ewangelii pokazuje co się dzieje „na zapleczu” – co w takiej sytuacji robi Bóg. Chociaż Jezus mówi, że nie został posłany poza Izrael – cały czas idzie w stronę Tyru i Sydonu. Cały czas zmierza w stronę kobiety, która wyszła z tamtej krainy. Chociaż Kościół próbuje Go od niej odciągnąć, Jezus w końcu się z nią spotyka. Chociaż historia aż się prosi, żeby tutaj dać happy-end i pokazać Jezusa kolejny raz jako miłego gościa, który wszystkim pomaga – On zaczyna wyzywać kobietę od psów. I dopiero potem uzdrawia jej córkę.

Bóg cały czas chce być jak najbliżej człowieka, który Go woła. Chociaż nie zawsze zadziała od razu.

Dlaczego tak jest? Jasne, że nie wiem. Może dlatego, że Bogu od samego efektu bardziej chodzi o to, żebyśmy się rozwinęli w czasie modlitwy. Może czeka na chwilę, kiedy naprawdę zaczniemy z Nim być i rozmawiać, a nie powtarzać formułki. Może po prostu dlatego, że On wie, kiedy jest właściwy czas na wszystko. A może jeszcze z innego powodu, bo przecież On JEST Inny.

Ja ostatnio doświadczyłem wysłuchania mojej modlitwy po prawie 20 latach modlenia się w pewnej intencji. Oczywiście, czasami była to modlitwa częstsza, czasami rzadsza. Czasami z wiarą, a czasami z poczuciem bezsensu. Czasami dłuższa, czasami krótsza. Aż pewnego dnia po prostu zobaczyłem, że stało się.

W Legii Cudzoziemskiej mówią, że kluczem do zdobycia białego kepi jest postawa:

maszeruj albo giń.

Bez niej nie da się ukończyć morderczego marszu po Pirenejach. Ja sparafrazuję to do tytułu dzisiejszego wpisu:

módl się albo giń.

Prostszej rady i przepisu na życie nie znam.