Mikroschizma (Łk 12, 49-53)

„Książe pokoju”. Ten, który „nie złamie trzciny nadłamanej i nie zgasi knotka tlącego się”. Za którego dni „zakwitnie sprawiedliwość i wielki pokój”. To takie przyjemne, spokojne wyobrażenie Mesjasza. Ale w dzisiejszej Ewangelii Jezus mówi o czasach mesjańskich zupełnie inaczej. Ogień rzucony na ziemię? Dać światu rozłam? Wojna nawet w obrębie jednego domu? I jeszcze doznaje udręki, dopóki to się nie stanie? To o co temu Mesjaszowi tak naprawdę chodzi?

Jezus powiedział do swoich uczniów: Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął. Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie. Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej.

Niestety, historia Kościoła pokazuje, że te słowa Jezusa realizujemy bardzo dokładnie. Po Jego Wniebowstąpieniu nie tylko broniliśmy Europy przed Islamem albo gromiliśmy Żydów, ale też zwalczaliśmy się nawzajem w Kościele.

To doprowadziło do schizm. Wschodniej, zachodniej, reformacji… Ale i tak było nam mało. Dzisiaj nadal nieustannie dzielimy Kościół. Od dyskusji, który ksiądz lepiej prowadzi swoje profile w serwisach społecznościowych, przez udowadnianie, że moje duszpasterstwo jest lepsze od innych, turnieje piłkarskie ministrantów do blokowania plebanii, gdzie proboszcz się nie podoba (albo się podoba, ale biskup go odwołał).

A przecież Kościół jest Katolicki – czyli jeden, niepodzielny, wspólny.

dzielimy to, co powinno być całością, zdjęcie: AimeeVogelsang@unsplash.com, CC-0

Myślę, że wszystkie te rozłamy świadczą o jednym: każdy z nas chce radykalnie iść za Jezusem.
Wielu osobom jednak w tym radykalizmie brakuje zrozumienia, że dla drugiej osoby „radykalnie pójść za Jezusem” może znaczyć zupełnie coś innego. I wcale nie znaczy to, że ktoś ma rację, a ktoś inny się myli. Po prostu każdy idzie za Jezusem tak, jak potrafi.

I, tak naprawdę, każdy z nas robi to jakoś nieudolnie. Dlatego potrzebujemy miłości wzajemnej, żeby się w tej drodze wspierać i się nawracać.

Dlatego przy dzisiejszej Ewangelii mam prośbę: gdy następnym ktoś wkurzy Cię czymś w swojej wierze, kochaj go jak brata. Niezależnie od tego, czy będzie mówił modlitwę w innym tempie, śpiewał pieśń na inną melodię, miał inne zdanie na temat jakiegoś detalu albo mówił o tym, że jego wspólnota jest najlepsza i jedyna słuszna. Nie musisz się z nim zgadzać, ale pozwól mu iść za Jezusem tak, jak potrafi. I bądź z nim w tym wspólnotą. Po co nam kolejna mikroschizma?