Miejsce i wartość (Mt 15, 21-28)

Wydaje mi się, że wiele osób nosi w sobie obraz Jezusa i Apostołów jako wesołej kompanii facetów chodzących pomiędzy miastami, uzdrawiających chorych, karmiących głodnych i robiących tym podobne sprawy. Od czasu do czasu może lekko pokłócili się z Faryzeuszami, ale ogólnie to byli bezkonfliktowi i przyjemni. Jakoś lubimy pomijać w Piśmie Świętym fragmenty takie, jak dzisiejsze czytanie z Ewangelii według św. Mateusza.

Pomiędzy akcją zeszłotygodniowego a bieżącego czytania mija parę dni. W tym czasie Jezus dokonał kilku uzdrowień oraz pokłócił się z Faryzeuszami i Apostołami o kwestię rytualnej czystości. Po tych wydarzeniach wyszedł z rejonu Genezaret i kierował się na zachód, w kierunku fenickich miast: Tyru i Sydonu.

W tej wędrówce spotkał pewną kobietę, rdzenną mieszkankę Ziemi Obiecanej (czytaj: nieżydówkę). Chociaż „spotkał” to może zbyt duże słowo, bo generalnie starał się na nią nie zwracać w drodze uwagi. Nawet gdy Apostołowie nie mogli już znieść jej krzyków i prosili Go o interwencję, odpowiedział spokojnie, że to nie jest Jego sprawa. Gdy wreszcie udało jej się ich dogonić, Jezus wyzwał ją od psów, co na Bliskim Wschodzie było (i pewnie nadal jest) bardzo poważną obelgą.

zdjęcie: soc.mil.com, CC-0

 

Nawet dla mnie ta sytuacja jest dziwna. Jezus wcześniej przecież podkreślał, jak bardzo mu zależy na celnikach i grzesznikach. W innym spotkaniu, z Samarytanką, wcale nie traktuje jej jako kogoś gorszego od Żydów. Skąd więc tutaj takie negatywne określenie i obojętność na jej problemy?

Myślę, że kobieta kananejska jest przykładem osoby, która Bogiem się nie przejmuje, dopóki czegoś od Niego nie chce. A nawet wtedy nie chce wejść z Nim w relacje, tylko traktuje Go jako punkt usługowy na zasadzie „ja chcę – ja mam mieć”. Przypadek, jak zauważyłem, bardzo częsty na początku XXI wieku. Zarówno w skali mikro-administracyjnej (chcę mieć ślub w kościele dla zdjęć, to czemu mi się proboszcz czepia), jak i makro-eschatologicznej (będę żył jak chcę, bo przecież Bóg jest Miłością, więc mi wybaczy).

„Kobieta kananejska” jasno wskazuje, że mamy do czynienia z poganką. W czasach Jezusa Kananejczycy mieszkali na jednym terenie z Izraelitami od ponad tysiąca lat. Kobieta, metaforycznie, miała więc bardzo dużo czasu na uwierzenie w Boga. Na pewno znała Izraelitów. Prawdopodobnie też rozmawiała z nimi o ich wierze (skoro zwracała się do Jezusa tytułem Mesjasza) i obserwowała ich praktyki religijne. Pomimo to, została opisana w Ewangelii jako poganka. Ja odczytuję to jako obraz człowieka, który widział działanie Boga, miał bardzo dużo czasu na nawrócenie, ale tego nie zrobił. Myślę, że właśnie stąd obojętność i ostra reakcja Jezusa. Kobieta przez całe życie (i swoje, i swojej rodziny) obserwowała dzieła Boga, a odezwała się do Niego dopiero, jak potrzebowała uzdrowienia dla swojej córki.

Miej świadomość zarówno swojej małości, jak i wielkości wynikającej z tego, że jesteś mężczyzną.

Córka kobiety w końcu zostaje uzdrowiona. Myślę, że zaważyła na tym jej pokora. Wyzwana od psów przyznaje, że jest kimś gorszym. Nie próbuje się wykłócać o swoją pozycję. Ale pewnie w ciągu lat spędzonych wśród Izraelitów usłyszała też, że dla ich Boga człowiek jest najważniejszym i najpiękniejszym ze stworzeń i nawet ona nosi w sobie obraz tego Boga. Wiedziała, że ma godność człowieka i przypomniała Jezusowi, że jej też się coś należy z tego tytułu. Myślę, że właśnie to Go poruszyło.

Niestety, cała historia nie kończy się według mnie happy-endem. Kobieta miała wielki potencjał – skoro nawet Jezus pochwalił ją za wiarę (za co regularnie krytykował Apostołów, swoją drogą). Doświadczyła też cudu w swoim życiu. Pomimo tego, w Ewangelii nadal pozostaje „kobietą kananejską”. Więc, prawdopodobnie, nie dołączyła do kobiet idących za Jezusem ani do gmin chrześcijańskich w czasach św. Mateusza. Prawdopodobnie mogła zostać świętą. Spotkała Boga i odczuła Jego interwencję w swoim życiu. Ale zachowała się tak, jak jej rodzina od ponad tysiąca lat – pozostała poganką. Jak Bóg załatwił to, co od Niego chciała, znowu stał się dla niej nieważny.

Każdy mężczyzna od kobiety kananejskiej może się nauczyć jednego – wartości pokornej modlitwy. Takiej, w której masz świadomość zarówno swojej małości, jak i wielkości wynikającej z tego, że jesteś mężczyzną. Bez wywyższania się ani fałszywej pokory, którą bardzo lubią niektórzy w Kościele. Jesteś człowiekiem. Mężczyzną. Jak Bóg Cię stworzył, to aż przestał tworzyć świat dalej, bo takie na nim zrobiłeś wrażenie. Nie zmarnuj tego ignorując ślady Jego działania w Twoim życiu.

  • Masz rację co do tego, co św, Mateusz zapisał. Jednak, według mnie, coś wynika z dynamiki zdarzeń. Coś się zmieniło w wierze kobiety w trakcie rozmowy, skoro Jezus też zmienił nastawienie. I nad tym chciałem się zatrzymać w rozważaniu.

  • grzegorz

    1/Nie trzeba za dużo domysłów, Pan Jezus sam oznajmił dlaczego nie chciał zajmować się kananejką: a/ jestem p o s ł a n y do owiec które poginęły… i b/ niedobrze jest brać chleb dzieciom a rzucać psom.

    2/Nauka z tego jest jeszcze taka, żeby brać przykład z Pana, nie być zawziętym i słuchać s t a l e nie tylko przy rozpoczęciu zadania.