Megakumulacja

Od razu zaznaczę: nie, ten wpis nie jest sponsorowany przez dowolnego operatora gier liczbowych. Po prostu widok kolejek przy kolekturach i liczba artykułów, które od paru dni moi znajomi opublikowali w serwisach społecznościowych podsunęły mi myśl, że Lotto psuje rynek… spełniania marzeń. Przynajmniej tych, do realizacji których przydają się pieniądze. I chciałem się z Tobą podzielić tym przemyśleniem. Będzie to wpis przydatny także dla każdego, kto przy dzisiejszej (lub dowolnej przyszłej lub przeszłej) obstawił liczby i nie trafił.

Rozumiem, że wizja spełnienia marzeń przy pomocy Lotto dla wielu osób jest prosta. Skreślasz parę liczb i czekasz na wyniki losowania z nadzieją, że w maszynie pojawią się liczby te same, co na Twoim kuponie. Wtedy, po publikacji wyników i załatwieniu paru papierków, możesz żyć oszczędnie z odsetek lub, trochę mniej oszczędnie, jeździć na egzotyczne wakacje, mieć parę willi w tych miejscach, które Ci się w miarę spodobają, przy każdym z nich dobry samochód i helikopter i tak dalej. Jeśli się nie uda, masz po losowaniu dwa dni na wypełnienie kolejnego kuponu i powtarzasz czekanie. I tak aż do skutku albo wyczerpania się funduszy na dalsze kupony.

I, generalnie, nie ma w tym nic złego. Oczywiście, dopóki ktoś nie zaczyna grać hazardowo, ale o takim przypadku nie chcę dzisiaj pisać. Z wizją tą wiążą się jednak dwa problemy. Podstawowy to ten, że jedyny wpływ, jaki marzący ma na jej realizację, to zakup kuponu. Potem nie ma już żadnego wpływu na to, czy jego marzenia się spełnią. Drugi problem polega na tym, że dla niektórych osób jest to jedyna wizja realizacji ich marzeń, jaką mają: nagle wygrać wielką ilość pieniędzy i rzucić dotychczasowe życie, żeby zacząć coś innego. A można inaczej.

Powiedzmy, że moim marzeniem jest mieć wypasiony telewizor z jakimiś 4K, 3D i innymi literkami na obudowie. Potrzebowałbym na niego około 5000 PLN. Patrząc na ostatnie wygrane w Lotto, żeby go kupić musiałbym trafić piątkę, co zdarza się około 400 osobom w ciągu tygodnia. Nie jest źle. Tak więc idę do kolektury, kupuję kupon i czekam. I tak powtarzam – do dwóch milionów losowań powinno się udać.

Wygląda absurdalnie? Bo dla mnie tak. Jeśli serio chciałbym mieć taki telewizor, poświęcałbym dwa-trzy razy w tygodniu chwilę żeby sprawdzić, gdzie są najlepsze ceny i czy gdzieś nie ma programu ratalnego, w którym rata nie nadwyrężyłaby za bardzo moich finansów. W międzyczasie postarałbym się ograniczyć moje wydatki, żeby co miesiąc określony procent przychodów odłożyć na zakup rzeczonego odbiornika TV. Albo poszukać dodatkowych zajęć, które pomogłyby mi szybciej dobić do pożądanej kwoty. A najprawdopodobniej – robiłbym i to, i to. A każde takie działanie byłby dla mnie też punktem kontrolnym żeby się przekonać, czy na pewno nadal chcę właśnie taki telewizor.

A, no jeszcze starałbym się pewnie sprzedać każdą możliwą powierzchnię na blogu… ale nie musisz się bać – nie potrzebuję takiego telewizora.

Ktoś może powiedzieć, że zakup telewizora to marzenie tanie i dlatego łatwiej jest go zrealizować planem, niż wygraną. Ale marzenia wymagające większych zasobów to tylko kwestia odpowiednio większego i rozłożonego w czasie planu. W autobiografii Beara Gryllsa urzekło mnie, że chyba przez rok każdego dnia rozmawiał z co najmniej jedną osobą, żeby znaleźć sponsora wyjścia na Mount Everest. Aż w końcu zapukał do drzwi kogoś, kto zdecydował się dać mu pieniądze na tę wyprawę. I to na długo przed tym, jak zaczął być znany z programów TV.

Spełnianie marzeń to nie kwestia jednej wielkiej chwili. To kwestia codziennej i systematycznej pracy. Zwykle ciężkiej, często nudnej, czasem nawet nieprzyjemnej. Pracy, w której nie można się poddać, jeżeli chce się naprawdę te marzenia spełnić. Jeśli ktoś chce zostać operatorem, a potrafi zrobić jedynie 20 pompek na raz, powinien wziąć się za regularny trening. Bo keratyna i koktajl białkowy nie pozwolą mu nagle zrobić 100 pompek. A nawet jeśliby chemicy (na przykład ci z Horyzontów Nauki) opracowali związek, który pozwoliłby tak oszukać na egzaminie z WFu – to i tak kariera takiego kandydata skończy się na selekcji. A jeśli wyrobi sobie nawyk treningu to nawet, jeśli gdzieś na rekrutacji mu się podwinie noga albo zmieni zdanie, będzie to procentowało w postaci lepszego zdrowia. I zachęcam Cię, żeby podobnie myśleć o realizacji tych marzeń, do których brakuje Ci w tym momencie funduszy: lepiej nastawić się na systematyczną pracę, a nie nagły strzał. Pracę, która w perspektywie parunastu lat może się u Ciebie przerodzić w nawyk spełniania marzeń.

Co nie znaczy, że nie możesz realizacji planu wspierać kupieniem od czasu do czasu kuponu. Jeśli ma to być tylko opcja przyspieszenia realizacji Twoich planów – nie ma w tym nic problematycznego.

A my z żoną – tak, obstawiliśmy jakieś sześć liczb. Ale właśnie jako wsparcie naszych planów, a nie ich podstawę.

PS. Co prawda w konkursie ogłoszonym w ramach RoMów nie można wygrać kilkudziesięciu milionów, ale za to szanse na wygraną są troszkę większe, niż w dzisiejszym losowaniu, więc zapraszam do udziału.