Kangur w Ewangelii (Mk 9, 30-37)

Podobno słowo „Kangooroo” pochodzi od aborygeńskiego stwierdzenia „Nie rozumiem”, którym rdzenny mieszkaniec Australii odpowiedział brytyjskiemu żołnierzowi na pytanie, jakie to zwierzę. Jak pokazuje historia języka i nomenklatury biologicznej – żołnierz uznał odpowiedź za satysfakcjonującą. Możemy teraz z tego się śmiać, ale Ewangelia pokazuje, że poradził sobie lepiej, niż apostołowie po drugiej zapowiedzi Męki i Śmierci Jezusa.

Jezus i Jego uczniowie podróżowali przez Galileę, On jednak nie chciał, żeby kto wiedział o tym. Pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity po trzech dniach zmartwychwstanie. Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać. Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był w domu, zapytał ich: O czym to rozprawialiście w drodze? Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy. On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich! Potem wziął dziecko, postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami, rzekł do nich: Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie, lecz Tego, który Mnie posłał.

Dzisiejsza Ewangelia dotyka dwóch rzeczy, z którymi wielu z nas ma fundamentalny problem: rozumienia i zadawania pytań. Jezus powiedział apostołom że zostanie zabity. Nie użył przy tym żadnych paraboli ani symbolów, ale ci ewidentnie nie chcieli tego usłyszeć. Powiedział wprost: „zostanie wydany w ręce ludzi, ci Go zabiją”. A uczniowie tego nie zrozumieli i – tu pojawia się drugi problem większości mężczyzn – woleli nie dopytywać Go o tę sprawę. Zamiast zapytać Nauczyciela o to, czego nie zrozumieli albo nie usłyszeli, zaczęli rozmawiać o tym który z nich powinien być szefem (co może być wskazówką, jak zrozumieli śmierć Mistrza).

Odpowiedzią na ich problemy jest dziecko, które Jezus zawołał, przytulił i im pokazał. Każdy, kto przypadkiem przy dziecku przeklął albo użył jakiegoś ciekawego stwierdzenia wie, że dzieci są mistrzami w słuchaniu – potrafią bezbłędnie wyłapać niewłaściwe słowo – i zadawaniu pytań. Do tego stopnia, że dorośli często tego nie wytrzymują i każą im przestać pytać. Właśnie takie dziecko Jezus pokazał apostołom jako kogoś, kogo mają przyjąć.

Przyjąć, ale jak?” – pojawi się pewnie w głowach niektórych osób słuchających jutro czytań na Mszy Świętej. Skoro Jezus tego nie skonkretyzował tego, to pewnie na każdy możliwy sposób. Żeby przyjąć i dziecko, które pojawia się w kobiecie jako nowe życie, i dziecko, które przychodzi z innego kraju jako uchodźca, i własne dziecko, które po raz n-ty zadaje pytanie „A co to…”. I w końcu żeby przyjąć też to dziecko, które może być szczególnie ważne dla mężczyzn. Dziecko w każdym z nas, które objawia się nie tylko pociągiem do elektrycznych kolejek i gadżetów, ale też które chce zadać tysiąc pytań na temat tego, co je otacza. Każdy facet powinien potrafić odrzucić maskę wszystkowiedzącego maczo i przyjąć to wewnętrzne dziecko, które każe mu się po prostu zapytać o to, czego nie jest pewien albo nie rozumie.

dziecko potrafi bezbłędnie wyłapać interesujące słowo i konsekwentnie pytać, aż nie uzyska satysfakcjonującej odpowiedzi

My nie musimy się zastanawiać, co oznacza, że Jezus zostanie wydany, umrze i zmartwychwstanie. Dysponujemy za to o wiele bardziej rozbudowaną teologią, niż istniała dwa tysiące lat temu. I chyba nie ma świadomego Katolika, który by nie miał wątpliwości lub pytań dotyczących wiary. Jeśli każdy z nas nie przyjmie drzemiącego w sobie dziecka, które każe zadawać pytania i egzekwować odpowiedzi, dopóki nie zrozumie tematu, będziemy jak apostołowie w dzisiejszym czytaniu: mając Jezusa w zasięgu ręki i temat Jego Zmartwychwstania w sobie, będziemy kłócić się o to, kto z nas jest największy.

znak uwaga kangur, CC-BY-SA, JPP@commons.wikimedia.org

Jeśli więc masz jakieś wątpliwości dotyczące wiary (z resztą – nie tylko wiary), jeśli czegoś w Chrześcijaństwie nie rozumiesz – pytaj, pytaj i pytaj, dopóki nie uzyskasz satysfakcjonującej Cię odpowiedzi. Możesz zapytać znajomych albo księży z Twojej parafii, możesz użyć forum internetowego i zapytać zwykłych ludzi albo specjalistę z uniwersytetu z dowolnego miejsca na świecie. Możesz w końcu – z czego nie skorzystali apostołowie – w modlitwie szczerze zapytać Boga, o co w tym wszystkim chodzi. Masz tak niesamowite możliwości, że aż wstyd siedzieć cicho i nie słuchać odpowiedzi. Nawet jeśli na jakimś etapie usatysfakcjonuje Cię odpowiedź w stylu „kangooroo” – gdy zaczniesz się rozwijać i zobaczysz swoją naiwność wrócisz do tematu i będziesz mógł drążyć go dalej.