Jak czytam Pismo Święte?

To miał być kolejny wpis z cyklu poradnikowego. Ponieważ ograniczę liczbę wpisów opartych o Pismo Święte, chciałem zostawić Wam narzędzie pomagające czytać biblię. Na szczęście, przed publikacją stwierdziłem, że byłoby to bez sensu – chcę opisać tylko to, jak ja czytam Słowo Boże. Taka strategia nie musi być przydatna dla kogokolwiek innego. Dlatego potraktuj to jako moje świadectwo i pewien zbiór pomysłów. Jeśli okaże się, że sprawdzają się u Ciebie – to dobrze. Jeśli nie – to też dobrze, bo przynajmniej przybliżą Cię do znalezienia własnego stylu radzenia sobie z Biblią.

Pierwszy raz „na poważnie” zacząłem czytać Pismo Święte około 10 lat temu. Oczywiście, wcześniej czytałem fragmenty, czasem nawet z własnej woli, ale wtedy pierwszy raz postanowiłem, że przeczytam całą Biblię. W ciągu tych dziesięciu lat, ta prosta decyzja doprowadziła do tego, że medytacja Słowa Bożego jest jedną z najważniejszych form modlitwy w moim życiu. W skrócie opiszę drogę, która mnie do tego doprowadziła.

niezależnie od tego, co danego dnia uważasz – Pismo Święte jest Słowem Boga i On przez to Słowo działa

1. Dyscyplina czytania

Uważam, że kluczową rzeczą przy modlitwie Pismem Świętym jest regularność. Jeśli uznasz, że chcesz czytać Pismo Święte codziennie – to walcz o to, żeby faktycznie to robić codziennie. A to oznacza, że absolutnie nie możesz sobie pozwolić na wymówkę „nie mam czasu„. Tak, nie zawsze będziesz miał godzinę na medytację metodą świętego Ignacego. Ale uważam, że lepiej jest sięgnąć po Biblię na 5 minut i nawet szybko i pobieżnie przeczytać przewidziany na dany dzień fragment, niż zrezygnować z modlitwy danego dnia. Bóg potrafi działać, jeśli tylko Mu się na to pozwoli.

2. Znajomość treści

W obiegowej opinii Katolicy nie znają dobrze Pisma Świętego. W odniesieniu do niektórych osób na pewno jest to prawda. Gdyby tak nie było – Świadkowie Jehowy nie próbowaliby pozyskiwać nowych członków przez cytowanie starannie wybranych fragmentów Biblii, a pseudoateiści nie próbowaliby wzniecać sensacji przez wrzucenie wyrwanego z kontekstu, mało znanego fragmentu jakiejś księgi. Z doświadczenia wiem, że obydwie grupy praktycznie nie potrafią sobie poradzić z kimś, kto mniej-więcej kojarzy zawartość Biblii.

Bardzo podoba mi się też podejście Fabiana Błaszkiewicza, o którym mówił w audiobooku „Błogosławiony bogacz”: Słowo Boże to miecz obosieczny i Chrześcijanin powinien się uczyć szermierki tym mieczem. A to oznacza, że po prostu musi go bardzo dobrze znać.

Pierwszym krokiem było dla mnie poznanie treści – czyli przeczytanie wszystkich ksiąg Starego i Nowego Testamentu. Ponieważ nie wychodziło mi przestrzeganie zasady 1 – zajęło mi to 5 lat. Za pierwszym razem czytałem tylko tekst Biblii Tysiąclecia, chyba nawet bez przypisów. Bez szukania dodatkowych informacji, bez większej medytacji – po prostu siadałem, czytałem fragment, ewentualnie krótko na jego temat myślałem i koniec. Jasne, po tych pięciu latach nie znałem wszystkich szczegółów na pamięć, ale miałem ogólne pojęcie o tym, co kiedy się stało, które księgi o czym mówią i jakie są relacje pomiędzy poszczególnymi fragmentami. Od tego się zaczęło. A ponieważ było mi mało, zacząłem szukać czegoś nowego…

3. Znajomość tradycji

Może dla niektórych będzie to szokiem, ale „tradycja” w Kościele Katolickim nie oznacza jedynie, że na Boże Narodzenie wystawia się szopkę, w Wielki Piątek czyta się Mękę Pańską według świętego Jana, a kardynał ubiera się na purpurowo. Tradycja Kościoła przekazuje też (między innymi) pewien sposób patrzenia na temat tego, co mówi Słowo Boże.

I nie chodzi tu o indoktrynację i zwolnienie z myślenia. Tylko o zwykłe przyznanie, że ktoś inny może wiedzieć coś lepiej. W kontekście Pisma Świętego, szczególnie ważni są ludzie, którzy żyli blisko czasów Jezusa – ojcowie pustyni i ojcowie Kościoła – oraz ci, którzy szczególnie dobrze rozumieli przekaz Boga – doktorzy Kościoła. Wielu z nich napisało komentarz do przynajmniej części Biblii. I warto czasem po taki komentarz sięgnąć.

To był mój drugi krok: czytanie treści Pisma Świętego wraz z jakimś komentarzem na temat danego fragmentu. Zacząłem od Pisma Świętego w wydaniu Edycji Świętego Pawła, które zawiera obszerne wyjaśnienia i komentarze do każdego fragmentu Biblii. To mnie zmotywowało, żeby czasem sięgnąć po źródła, o których napisałem w poprzednim akapicie. Czasem byłem aż zdziwiony, jak wiele problemów, które uważałem za „takie współczesne”, zostało rozwiązane już 1600 lat temu przez kogoś, kto siedział w pustelni.

Nie powiem Ci, kiedy warto sięgnąć po komentarze. Ja to zrobiłem, gdy już wiedziałem mniej-więcej, co jest opisane w Biblii. Być może lepszym rozwiązaniem jest sięganie do nich od razu. O tym musisz zdecydować sam. Za to na pewno warto pytać, czytać i szukać przy każdym fragmencie, którego nie rozumiesz albo co do którego masz jakieś wątpliwości. Szczególnie, że dzisiaj wystarczy wpisać sigla w Google i masz dostęp do wiedzy, po którą kilkadziesiąt lat temu trzeba było jechać na drugi koniec świata.

Na koniec dygresja: zdarza mi się odkrywać, że w niektórych wpisach „wiara rodzi się z czytania” nieświadomie streściłem właśnie jakiegoś ojca albo doktora Kościoła. Więc jeśli sięgniesz po komentarz i odkryjesz coś takiego – nie zdziw się i nie oskarżaj mnie o plagiat albo złośliwość. Po prostu doszedłem do czegoś, co mogłem przeczytać i wywarzałem otwarte drzwi.

4. Stosowanie „swojej” metody

Z metodami medytacji pierwszy raz spotkałem się trzy lata temu. Uczestniczyłem w rekolekcjach pewnej wspólnoty. Elementem tych rekolekcji była codzienna medytacja wyznaczonego fragmentu Pisma Świętego metodą jezuicką – trzeba było na to przeznaczyć 15 do 30 minut dziennie. Przez 6 tygodni walczyłem z tym, żeby dociągnąć jakoś do tych piętnastu minut. Potem rekolekcje się skończyły i, praktycznie, tyle mnie widziano w tej wspólnocie.

Około półtora roku później dowiedziałem się, że są także inne „standardowe” metody czytania Pisma Świętego. Wtedy pierwszy raz spróbowałem lectio divina i stwierdziłem, że tak to jeszcze nigdy nie czytałem. Nie zauważyłem nawet, kiedy nad wybranym fragmentem Pisma upłynęła mi cała godzina. I przy tej metodzie zostałem do dzisiaj.

To był mój trzeci krok – modlitwa Słowem Bożym za pomocą określonej metody. Przystąpiłem do niego, gdy już mniej-więcej znałem treść Pisma Świętego i przynajmniej jeden komentarz do każdego rozdziału każdej księgi. Na tej podstawie dzisiaj mogę medytować. Ale z zastrzeżeniem punktu 1 – jeśli nie mam czasu lub siły na medytację, to wolę półsenny tylko szybko przeczytać fragment Biblii, niż zrezygnować z kontaktu ze Słowem.

Lectio divina, medytacja ignacjańska i medytacja karmelitańska – ja słyszałem o tych trzech metodach jako „podstawowych” w Kościele. Możesz skrótowo dowiedzieć się o nich z konferencji o. Adama Szustaka OP, a potem poszukać więcej szczegółów na temat tej, która Cię najbardziej zainteresuje. Przetestuj ją w swoim czytaniu Pisma Świętego przez dwa tygodnie lub miesiąc. Jeśli uznasz, że jest dla Ciebie odpowiednia – zostań przy niej. Jeśli nie – wypróbuj w ten sam sposób inną.

5. Ołówek w ręce

Chyba ostatnią rzeczą, jaką dodałem do swojego czytania Biblii, jest czytanie z ołówkiem w ręce. Wersja minimum to sam ołówek – do zaznaczania fragmentów, które zwróciły moją uwagę. Wersja rozbudowana – dodatkowo zeszyt do notatek. Czasem pomaga mi to w skupieniu się na konkretnej treści i analizie tego, co we mnie się dzieje pod wpływem danego fragmentu Pisma Świętego. Przy okazji – takie notatki to dla mnie duża pomoc w przygotowaniu bloga. I myślę, że za parę lat fajnie będzie przeczytać, co np. w 2014 roku znalazłem w Księdze Rodzaju.

6. Przekład Pisma Świętego

Jeśli czytałeś uważnie pewnie zauważyłeś, że w swojej historii sięgnąłem po różne przekłady Pisma Świętego: Biblię Tysiąclecia i przekład Edycji św. Pawła (to mój ulubiony polski przekład). Sięgnąłem też po Biblię Warszawsko-Praską, ale jakoś tamten język zupełnie mi nie leżał. Teraz, za radą pewnego Dominikanina, czytam Pismo Święte po angielsku w przekładzie NRSV.

Czytanie Biblii w języku obcym pozwala mi bardziej skupić się na tym, co czytam. Poza tym każde zdanie i słowo muszę przetworzyć przez mój wewnętrzny słownik, co pozwala mi odkryć nowe znaczenia i zauważyć rzeczy, na które w polskim przekładzie nie zwróciłbym uwagi. Wydaje mi się to też w pewien sposób bliższe czytaniu w języku oryginalnym.

Jeśli miałbym Ci coś doradzić: jeśli znasz dobrze jakiś język obcy, spróbuj czytać Pismo Święte właśnie w nim. Nawet jeśli po jakimś czasie stwierdzisz, że to dla Ciebie zły pomysł – podszkolisz się w tym języku. Jeśli szukasz dla siebie polskiego przekładu – przeczytaj po jednym rozdziale (tylko wybierz takie, które nie zawierają genealogii albo opisów terytorium) czterech-pięciu ksiąg w różnych dostępnych tłumaczeniach i wybierz to, które najbardziej Ci podchodzi.

7. Działanie Boga

Na koniec najważniejsza sprawa – opisaną tutaj drogę przeszedłem praktycznie nieświadomie, a dopiero z perspektywy czasu zobaczyłem, że to wszystko się układa w jakiś logiczny ciąg. I to jest dla mnie potwierdzenie tego, że najważniejsza jest regularność. Niezależnie od tego, co danego dnia uważasz, Pismo Święte jest Słowem Boga. I On przez to Słowo działa – niezależnie od tego, ile na początek przeznaczysz na to czasu, jak będziesz czytał i w jakim języku. Musisz Mu tylko zostawić otwartą furtkę.

Chyba o Piśmie Świętym mógłbym pisać jeszcze wiele, ale w tym wpisie właśnie tyle chciałem Ci przekazać. Jeśli masz swoje doświadczenia z Biblią albo przetestowałeś coś z tego wpisu – zachęcam do zostawienia tego w komentarzu. Nigdy nie wiadomo, komu jeszcze się przyda to, przez co przeszedłeś.

  • Wygląda ciekawie, dzięki.

  • Pewnie, że możesz:-). Tak, jak zaznaczyłem – to tylko opis tego, jak ja doszedłem do czytania Pisma Świętego. Tak więc każda dodatkowa inspiracja się przyda, bo może lepiej do kogoś trafić.

  • Józef

    Witaj Janku.
    Świetny tekst i z całą pewnością będzie pomocny dla tych,którzy dopiero teraz rozpoczynają swoja przygodę z Pismem Świętym.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Ps.
    Jeżeli mogę uzupełnić twój wpis,to polecam Rozmowy o Biblii prof.Anny Swiderkówny.