Głosowanie czy badania?

Nie wiem, kto wymyślił „przedmiot humanistyczny”, do zrealizowania w czasie studiów przyrodniczych, ale dzięki temu komuś w czasie czwartego roku studiów zaliczyłem filozofię. Jednym z zapamiętanych przeze mnie zdań z zajęć jest „Baron trzyma w wieży alchemika i każe mu znaleźć sposób na przemianę metalu w złoto tylko dlatego, że sąsiedni baron też takiego alchemika ma”. W zeszłym tygodniu przypomniałem sobie to zdanie w czasie słuchania wiadomości radiowych.

Gdy wracałem do domu, w radiu usłyszałem zdanie, które dało mi dużo do myślenia. Przy okazji informacji o nowych postanowieniach Komisji Europejskiej w sprawie GMO rzecznik KE, Enrico Brivio, powiedział ” Ta Komisja chce dać decyzjom demokratycznie wybranych rządów tę samą wagę, co naukowcom w sprawach związanych z żywnością i środowiskiem, które są tak ważne jak uprawy GMO i które dotyczą europejskich konsumentów”. Przyznaję, że o samej żywności modyfikowanej genetycznie nie wiem wiele i nie chcę się o niej wypowiadać. Za to bardzo uderzyło mnie stawianie na jednym poziomie decyzji podjętych w sposób demokratyczny z wynikami pracy naukowej.

Migawka, którą usłyszałem, zawierała tylko początek cytowanego przeze mnie zdania: „Komisja chce dać decyzjom demokratycznie wybranych rządów tę samą wagę, co naukowcom”. Takie zdanie wręcz wcisnęło mnie w fotel. W domu doczytałem dalszą część wypowiedzi, która trochę łagodzi sens całości, ale i tak nie mogłem nad tym zdaniem przejść obojętnie.

zdjęcie: commons.wikimedia.org, CC-0
Czy obydwie metody podejmowania decyzji powinny mieć taką samą wagę?

Zarówno badania naukowe, jak i podjęta decyzja polityczne, są metodami określania przez nas rzeczywistości. Ale czy można na równi z metodą naukową postawić wynik głosowania kilkuset osób wybranych w sposób demokratyczny z kilkudziesięciu milionów obywateli kraju? Według mnie – nie. Oczywiście, nauka jest nierozerwalnie związana z polityką praktycznie od zawsze. W końcu ktoś tę naukę musi finansować i chce coś dzięki temu osiągnąć. Ale czym innym jest decyzja polityczna – niezależnie od ustroju, w którym jest podejmowana – a czym innym wynik badań. Wniosek z badań jest czymś, co można zweryfikować, podważyć, powiedzieć, jak bardzo jesteśmy pewni co do niego. W idealnym przypadku jest wolny od wpływu emocji i jest pewnym obrazem rzeczywistości. Wynik głosowania nie jest ograniczony tymi wymogami, bo jego celem jest uregulowanie zachowania człowieka w tej rzeczywistości. Chociaż przy wielu decyzjach politycy powinni korzystać z wyników pracy naukowców, często podstawą głosowania są aktualne emocje głosujących i wyborców.

Może się wydawać, że obydwie metody określania rzeczywistości, łączy zaczepienie w przeszłości i ukierunkowanie na przyszłość. Ale jest to inny sposób zaczepienia i ukierunkowania. Nauka opiera się na aktualnym stanie naszej wiedzy o świecie – zestawie niezaprzeczonych teorii naukowych, które dotychczas opracowaliśmy i w które uwierzyliśmy. Wnioski naukowe są po to, żeby można było na ich podstawie decydować o wdrożeniach technologicznych lub dalej rozwijać wiedzę. Dla decyzji politycznych punktem zaczepienia w przeszłości jest aktualny stan społeczeństwa i przemysłu – i ukierunkowane są na przyszłość tak, aby to społeczeństwo i przemysł usatysfakcjonować. Czasami oznacza to zatrzymanie postępu, żeby przemysłowcy mogli więcej zarobić na aktualnych technologiach, a społeczeństwo nie przeżyło szoku.

I ostatnia sprawa: politycy nie lubią przyznawać się do błędów. Naukowcy też, ale jednak częściej potrafią to zrobić, bo teorię naukową można sfalsyfikować. Ze względu na oparcie współczesnej nauki na publikacjach naukowych, każdy aktywny naukowiec musi przynajmniej rozważać możliwość krytycznego odniesienia się do swoich publikacji, bo po publikacji artykułu nie będzie się dało już nic w nich ukryć i każde jego niedopatrzenie może zostać wykazane (o ile wcześniej nie zrobił tego recenzent). Politycy za to mają dostępne i przygotowane struktury, które mogą im pomóc ukryć ich błędy.

Wiem, że moja reakcja na jedno zdanie rzecznika Komisji Europejskiej może być trochę przesadzona, ale to jedno zdanie bardzo mnie zaniepokoiło. Nie chciałbym, żeby Unia Europejska szła w stronę zrównania metody naukowej z głosowaniem. Chociaż przyznaję, że pewnie o wiele łatwiej byłoby mi zdobyć tytuł doktora, gdybym mógł swoją rozprawę oprzeć o odpowiednią liczbę głosowań, a nie badania w laboratorium.

  • Zgodzę się z Tobą. Absolutnie nie chciałem stwierdzić, że naukowcy się nie mylą i nie chciałbym, żeby chemicy rządzili światem (chociaż jednemu nawet nieźle wychodziło kierowanie UE). Jedynie naprawdę nie pasowało mi postawienie znaku równości pomiędzy decyzją rządu i stwierdzeniem naukowców.
    Według mnie każda grupa ma swoją rolę w procesie kształtowania naszej cywilizacji i po prostu powinniśmy wiedzieć, gdzie jest kogo miejsce i co ma robić.

    Jedynie nie zgodzę się z tym, że prawda obiektywna nie jest dobra. Według mnie jest zawsze dobra (w ostatecznym rozrachunku). Inną sprawą jest to, czy faktycznie umiemy ją rozpoznać.

  • Marcin

    Już Platon wykazał empirycznie (choć wbrew swojej woli i przekonaniem), że państwo rządzone przez filozofów nie jest wcale tak optymalne jak by się wydawało.
    Od tego czasu nic się nie zmieniło, dlatego ja również jestem zaskoczony przytoczonym przez Ciebie zdaniem, ale z przeciwnego powodu.
    Ani „środowisko naukowe” nie jest tak odporne na błędne teorie jak piszesz.
    Ani „politycy” nie są aż tak wolni w swoich decyzjach.
    I na koniec… prawda „naukowa”, czy nawet „obiektywna” nie zawsze jest dobrodziejstwem ;>