cebula na zupę, zdjęcie:goh-rhy-yan@unsplash.com, CC-0

Dlaczego warto ugotować zupę cebulową?

Uwielbiam zupę cebulową. I to nie tylko w czasie jej jedzenia, ale też przygotowywania. O ile nie nadaje się do przygotowania w warunkach polowych (nie dotyczy zupy instant którą, swoją drogą, piję w czasie publikacji tego wpisu), to jej przygotowanie jest wręcz idealnym sposobem na spędzenie sobotniego, jesiennego popołudnia. Decydując się na jej przygotowanie zyskasz o wiele więcej, niż zupę.

Żeby wpis był jeszcze bardziej praktyczny, od razu podam przepis na to, jak powtórzyć moją zupę cebulową.

  1. Obierz około 1-1,5 kg cebuli i pokrój w coś pomiędzy piórami a kostką.
  2. Rozgrzej na głębokiej patelni masło z oliwą z oliwek.
  3. Wrzuć cebulę na patelnię i karmelizuj, aż będzie brązowo-przezroczysta. Jeśli zrobi się czarna – wróć do punktu 1.
  4. Rozpuść w 1,5 l gorącej wody trzy kostki rosołowe (ja zwykle używam wołowych i warzywnych). Zalej takim bulionem skarmelizowaną cebulę.
  5. Dodaj przyprawy – sól, pieprz, pieprz biały, zioła prowansalskie, bazylia, tymianek… Generalnie w przyprawianiu przestrzegam dwóch zasad: 1) przyprawy sypie się garścią, a nie palcami, 2) nie rozróżniam przypraw w słoiczkach, więc dobieram te, których zapach mi aktualnie pasuje.
  6. Duś pod przykrywką przez pół godziny.
  7. Posiekaj lub zgnieć dwa-trzy ząbki czosnku i wymieszaj z połową kostki masła. Dodaj szczyptę (wyjątek od zasady) soli. Posmaruj takim masłem czosnkowym parę kromek chleba lub bułki. Możesz nałożyć na to ser. Wrzuć na parę minut do piekarnika rozgrzanego do 130-180°C.
  8. Jedz. Generalnie zupa będzie jeszcze lepsza na drugi dzień.

A czemu ten przepis jest tak ważny, że zasługuje aż na osobny wpis? Cała tajemnica tkwi w punkcie 3.

Karmelizacja cebuli wymaga czasu.  Przez godzinę albo i dwie trzeba stać w obłoku pary wodnej o zapachu cebuli, mieszać biomasę na patelni i uważać, żeby nie przekroczyć granicy pomiędzy „skarmelizowaną” a „spaloną”. Zrobienie dobrej zupy cebulowej wymaga uważności i cierpliwości  – dwóch cech, o których bardzo łatwo dzisiaj zapomnieć.

Wszyscy gonimy. Dzieci do przedszkola czy szkoły, a potem na zajęcia dodatkowe. Studenci na zajęcia, do pracy i na imprezy. Pracujący – pomiędzy kolejnymi zadaniami w pracy i tym, czego wymaga od nich stan w czasie wolnym. I ja też gonię.

Konsekwencją tego jest, że do takiego gonienia się przyzwyczailiśmy. Że wielu osobom trudno jest – a może  nawet tego nie potrafią – zatrzymać się w tym wszystkim. Znaleźć chwilę oddechu. Popatrzeć na to, co nas otacza i cieszyć się chwilą – tak po prostu.

A ponieważ nie umiemy cieszyć się chwilą, próbujemy cieszyć się innymi rzeczami. I tu otwiera się pole do działania dla tych, którzy mają dla Ciebie plan – na sprzedawcach zaczynając, a demonach kończąc. Dajemy sobie wmówić, że szczęście jest w innym miejscu, że jest spektakularne, że wymaga posiadania czegoś jeszcze.

Ewagriusz z Pontu, pisał do mnichów żyjących w IV wieku, że jednym z objawów acedii jest „niezadowolenie mnicha z bycia w celi połączone z pragnieniem bycia gdzieś indziej”. Myślę, że dotyczy to dzisiaj wielu osób które uważają, że szczęście jest „gdzieś indziej”. Sam czytając – całkiem niedawno – o acedii odkryłem, że właśnie takie uczucie kierowało mną w pierwszych latach po studiach. Dopiero potem zwolniłem, popatrzyłem na to, co robię i odkryłem, że nie mam wyznaczonego w życiu żadnego kursu. Wtedy zająłem się identyfikacją swoich celów i, po gwałtownym zwrocie zawodowym, odkryłem, że można naprawdę cieszyć się swoją pracą.

Poza pracą – podobnie. Możesz narzekać na wszystko, co Cię otacza – rodzinę, sąsiadów, mieszkanie, osoby dookoła w tramwaju i tak dalej. Możesz marzyć, że jeśli to otoczenie zmienisz, będzie Ci lepiej. Ale prawda jest taka, że na 90% w zmienionym otoczeniu też będziesz narzekał. A jeśli nawet nie wiesz, jakie to otoczenie powinno być – poza tym, że „inne” – to nawet na 99%.

I jasne – może się zdarzyć, że jesteś w totalnie niszczącym środowisku i od takiego trzeba uciekać. Ale to nie jest wpis o takich sytuacjach. Może poza tym, że też dobrze jest nadać tej ucieczce odpowiedni kierunek.

Chyba trochę odpłynąłem, więc wracam. Radość życia to coś, co nosisz w sobie. Coś naprawdę – poza sytuacjami ekstremalnymi, o których wspomniałem w poprzednim akapicie – niezależnego od otoczenia, w którym się znajdujesz. I bardzo często, jeśli tylko przestaniesz gonić pomiędzy realizacją kolejnych tasków, zamykaniem tematów i łapaniem deadline’ów, możesz odkryć, że jesteś szczęśliwy tu i teraz. Że to, co Cię tak bardzo wkurza i denerwuje tak naprawdę jest nieistotnym w Twoim życiu szumem. Wystarczy popatrzeć tylko na to wszystko z trochę wyższego pułapu.

Dlatego chcę Cię namówić, żebyś zwolnił. Zatrzymał się. Poszedł do sklepu na zakupy (zrób listę na podstawie przepisu) i zrobił zupę cebulową, wykorzystując ten czas na uważne obserwowanie karmelizującej się cebuli i cieszenie się tym. A najlepiej, jeśli na jutro zaprosisz z pięć osób, żeby z nimi ją zjeść.

Jeżeli chcesz popracować nad swoim skupieniem i uważnością także w inny sposób, polecam Ci „Kwadrans uważności” od Jezuitów.