Ćwiczę, bo…

W jednej z JW na sali gimnastycznej wisi (pewnie jeszcze od czasu poprzedniego ustroju) wielki napis „Sprawność fizyczna podstawą gotowości bojowej”. Czasy, gdy codziennie rano na każdej jednostce widziało się pełno żołnierzy biegających w niebieskich dresach już odeszły do przeszłości, ale w każdej jednostce znajdą się ludzie uczciwie podchodzący do swojej służby i faktycznie utrzymujący swoją sprawność na wysokim poziomie. W Wojskach Specjalnych raczej są tylko tacy ludzie. I akurat dbałość o poziom swojej sprawności jest jedną z rzeczy, które powinieneś przejąć od operatorów i wcielić ją w swoją codzienną rutynę.

Chciałbym dzisiaj się zatrzymać nad najważniejszą sprawą w treningu (nie tylko fizycznym): motywacją. To, że badania pokazują pozytywny wpływ ćwiczeń na życie, znajomi Cię zachęcą albo nawet jakiś gościu na blogu na pisze, że warto ćwiczyć, może co najwyżej wystarczyć na kilkanaście treningów. Żeby utrzymać trening w perspektywie długofalowej (a myślę, że tylko w takiej ma on prawdziwy sens), musisz znaleźć w sobie to coś, co Cię zagoni na trening ZAWSZE. Nawet, jak będziesz padnięty, będziesz miał mało czasu albo będziesz akurat pod namiotem ze znajomymi.

Codziennie nie masz nad sobą kaprala krzyczącego „Padnij! Powstań!” i w ten sposób „motywującego” Cię do podnoszenia sprawności fizycznej. Z resztą – ten typ motywacji nie każdemu by odpowiadał. Dlatego tak ważne jest, żebyś odkrył, dlaczego Ty (i tylko Ty!) chcesz zabrać się za trening. Sam, dotychczas, trenowałem z naprawdę najróżniejszych powodów: żeby dostać się na ratownictwo, żeby zdać egzamin wojskowy, żeby wypełnić plan formacji w duszpasterstwie, żeby nie było siary przed kolegami, bo ćwiczenia to fajny czas na modlitwę, żeby móc nosić dziewczynę na rękach, żeby być zdrowszym, żeby na
starość się nie rozsypać, żeby nauczyć się samoobrony, żeby na raz zrobić 100 pompek, żeby zebrać pieniądze na akcję charytatywną, żeby… Motywację do treningu nosisz w sobie. Może tylko nie potrafisz wystarczająco ją wyeksponować, więc musisz jej poszukać. I, według mnie, każdy powód jest dobry, o ile tylko naprawdę przyciąga Cię do treningu. Nie ważne, że ktoś inny powie, że to głupie – szczególnie, jeśli powie to z fotela, trenując jedynie palec środkowy w scrollowaniu myszki.

zdjęcie z archiwum autora

Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że motywacja zmienia się w czasie treningów. Uważam, że to bardzo pożyteczny efekt – dzięki temu trudniej będzie Ci się znudzić treningiem. Pamiętaj tylko, żeby na bieżąco oceniać, z jakiego powodu idziesz poćwiczyć i dostosowywać do tego swoje aktualne cele treningowe (pamiętasz o widoku z drona?).

Właśnie, cele. Jeśli odkryjesz swoją motywację do ćwiczenia, od razu będziesz wiedział, jaki efekt treningowy chcesz osiągnąć i jasno postawisz sobie cel. A przez to łatwiej będzie Ci wybrać rodzaj treningu, który pozwoli Ci ten cel osiągnąć.

Znajdź swoją osobistą motywację do ćwiczeń. Wtedy od razu zobaczysz cel do osiągnięcia i środki do osiągnięcia tego celu.

Chciałem dzisiaj jeszcze rozwiać jeden mit związany z motywacją do treningu. Często jako argument za treningiem w fitness clubie podaje się fakt, że kupno karnetu zmotywuje Cię do regularnych ćwiczeń. Kiedyś miałem wykupiony karnet na sieć krakowskich siłowni i muszę przyznać, że zdarzyło mi się przez trzy miesiące opłacania karnetu ani razu nie pojawić w klubie, chociaż w domu regularnie trenowałem na TRXie. Tak więc moja rada: jeśli nie wiesz, dlaczego chcesz ćwiczyć, nie zaczynaj od wykupienia karnetu.

W ogóle uważam, że jedną z największych ściem, jakie można teraz spotkać jest przekonanie, że żeby ćwiczyć, trzeba wydawać pieniądze. Wiele bardziej i mniej znanych i kompetentnych ludzi stara się nam wmówić, że do ćwiczenia potrzebny jest karnet na siłownię, dostęp do sprzętu, profesjonalne ubranie, specjalna torba, napój izotoniczny i, najlepiej, trener personalny opłacony na godziny. Nie mówię, że są to rzeczy złe – niektórym może po prostu pasować klimat siłowni, a na pewnym etapie treningu trener nawet może być nieodzowny. Ale możesz ćwiczyć bez tego. Zamiast biegać na bieżni, możesz biegać po swojej okolicy (akurat tutaj przyznam, że nie warto oszczędzać za bardzo na butach). Zamiast wynajmować trenera, możesz pogadać ze znajomym, który zna się na treningu, popytać na forach albo poczytać na blogach. Pić możesz wodę lub sok, a ubranie możesz dobrać takie, w jakim jest Ci wygodnie. W domu znajdziesz rzeczy, które mogą zastąpić Ci większość wyposażenia siłowni.
Ćwicząc w klubie zwiększasz też ilość czasu potrzebną na odbycie treningu co, jeśli jesteś generalnie aktywną i zajętą osobą, może poskutkować rezygnacji z treningu na koszt załatwiania innych spraw. Uważam, że lepiej jest poćwiczyć pół godziny, niż odłożyć trening dlatego, że nie ma się dwóch godzin czasu na dojazd, ćwiczenie i powrót z siłowni.

Zastanów się dzisiaj chwilę nad tym, dlaczego chcesz (lub chciałbyś) ćwiczyć. Szczególnie, jeśli jesteś teraz na etapie kompletnego braku aktywności fizycznej i chciałbyś to zmienić. Nie bądź jak tysiące osób, które idą poćwiczyć coś „bo znajomi polecili” albo „bo jest blisko”. Na kilku przykładach obserwowałem ten schemat i zwykle prowadził on tylko do szybkich kontuzji i przerwy w treningach (ten temat też poruszę). Znajdź swoją osobistą motywację do ćwiczeń. Wtedy od razu zobaczysz cel do osiągnięcia i środki do osiągnięcia tego celu.