Cichociemny w habicie

Gdy pierwszy raz usłyszałem motto Cichociemnych (chociaż sam wolę krajowe określenie „ptaszków”) – „Wywalcz jej (Polsce – przyp. autora) wolność lub zgiń” – zrobiło ono na mnie wielkie wrażenie. Praktycznie za każdym razem, gdy czytam nową książkę o tej formacji jestem pod wrażeniem ich wyszkolenia i umiejętności. Nawet mam pewien żal do nauczycieli historii, że nigdy w szkole o Cichociemnych nic nie usłyszałem. Dlatego dzisiaj chciałem się z Wami podzielić historią człowieka, który prawdopodobnie ukończył szkolenie cichociemnych, ale nigdy do kraju nie skoczył. Znalazł inny cel w swoim życiu i realizował go z konsekwencją prawdziwego operatora.

W czerwcu dostałem książkę „Nie bój się żyć – biografia ojca Joachima Badeniego„. Ostatnio udało mi się ją przeczytać i muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem postaci o. Joachima. Tak ogromnym, że postanowiłem o tym napisać.

Prawdopodobnie nigdy go nie spotkałem. W czasie jego życia (czyli do 2010 roku), krakowską Bazylikę Trójcy Świętej odwiedzałem sporadycznie. Poznałem go więc dopiero z biografii napisanej przez Judytę Syrek i wydanej przez wydawnictwo Znak. Chciałem się z Tobą podzielić tym, co mnie urzekło w postaci ojca Joachima.

zdjęcie zagnieżdżone ze strony www.lednica2000.pl
o. Joachim Badeni skoczył ze szkolenia spadochronowego w dominikański habit.

Tajemnica. W czasie czytania biografii moją szczególną uwagę zwróciły wojenne losy (wtedy) Kazimierza Stanisława Badeniego. A właściwie to, że nie za bardzo wiadomo, co robił po po krótkim okresie walk w Norwegii, Francji i Afryce. Prawdopodobnie pracował dla polskiego wywiadu w Maroku, Gibraltarze i Wielkiej Brytanii. Służył w Brygadzie Spadochronowej generała Sosabowskiego i, prawdopodobnie, odbył szkolenie Cichociemnych. Ale dokumenty na ten temat są niejasne, a sam do końca życia nie wyjawił tajemnicy swojej historii wojennej, więc każde stwierdzenie muszę poprzedzić stwierdzeniem „prawdopodobnie”. Potrafił strzec swojej tajemnicy przez prawie 70 lat.

Radykalizm. O. Joachim potrafił się do końca poświęcać swojej pasji i porzucić ją, gdy znalazł coś lepszego. Gdy w czasie studiów był jednym z najlepszych kandydatów na męża w Galicji i lubił tańczyć – do wieczornych dancingów przykładał się bardziej, niż do nauki. Gdy niezbyt go interesowały sprawy duchowe – potrafił wyjść wcześniej z Mszy i przed kościołem czekać na swoją dziewczynę, która została do końca. Gdy poczuł wezwanie od Boga – następnego dnia poszedł do kościoła Dominikanów we Lwowie, chociaż jeszcze przysypiał na różańcu, a pierwsza jego myśl o wstąpieniu do zakonu była związana z tym, że habit spodobał mu się jako ubranie. Gdy chciał walczyć na wojnie – potrafił oszukać komisję w kwestii swojego wzroku i żył jak prawdziwy szeregowy we Francji. Gdy nie był pewny, czy powinien być Dominikaninem, czy Kamedułą – wędrował pomiędzy dwoma zakonami. Myślę, że był to facet, który naprawdę potrafił być do końca oddany swoim pasjom. Także wtedy, gdy tą pasją były spotkania Odnowy w Duchu Świętym albo Duszpasterstwo Akademickie.

Tworzenie siebie. Takie, o jakim pisałem we wpisie o prawdziwym imieniu. Analizując zestawienia zapisanych faktów (choćby dotyczących wyników w nauce) z tym, co o. Joachim o sobie mówił stwierdziłem, że trudno jest jednoznacznie uwierzyć w dowolną historię, którą o sobie mówił. Większość zdań w początkowej wersji tekstu zawierało słowo „podobno” lub „prawdopodobnie”. Ale stwierdziłem, że przy o. Joachimie takie pisanie po prostu nie ma sensu. Oprócz wspomnianego wyżej zachowania tajemnicy widzę dzięki tej cesze mężczyznę, który naprawdę wiedział, kim jest i potrafił naprawdę tworzyć swój obraz w oczach innych, a nie czekać na to, jak inni go określą.

Humor. Niesamowite i proste poczucie humoru. Od prostych dowcipów, przez anegdoty wykorzystywane do kreowania swojego imienia, do naprawdę wybitnego i zaawansowanego wkręcania innych. Coś, co wiele osób dzisiaj udaje, ale średnio im wychodzi.

Spokojne poznawanie Boga. Wielkie wrażenie na mnie zrobiły opisy początkowych przeżyć mistycznych ojca Joachima i dystans, z jakim do nich podchodził. Gdy pierwszy raz poczuł „dotknięcie” Boga we Lwowie szukał kogoś, kto mógł go dotknąć w plecy. W czasie pierwszego spotkania Odnowy w Duchu Świętym myślał, że coś się z nim dzieje i jak mu nie minie, to będzie musiał udać się do psychiatry. W czasie modlitwy o uzdrowienie potrafił równocześnie modlić się nad innym bratem i popijać piwo. Myślę, że jego duchowość musiała być niesamowicie prosta, a przez to prowadziła coraz bliżej Boga. Do tego stopnia, że w dniu swojej śmierci powiedział opiekunce, że dzisiaj odbędą się jego zaślubiny.

Siła. Chyba najważniejsza sprawa. Odniosłem wrażenie, że o. Badeni był niesamowicie silnym mężczyzną. I to takim, którego moc płynęła z modlitwy. W świadectwach jego wychowanków i współbraci widać mężczyznę, który walczył z szatanem, potrafił skutecznie prosić Boga o uzdrowienie, bardzo dobrze rozeznawał innych i dawał dobre rady, poruszał tłumy nawet, jeśli nie mówił wiele, nie bał się podejmować zadań, do których nie czuł się dobrze przygotowany… Tak, musiał być niesamowicie mocnym gościem, który naprawdę nie bał się żyć.

Po przeczytaniu całej książki pozostał mi w głowie obraz człowieka, który potrafił zachować przez całe życie tajemnicę swojej wojennej historii, a mimo to korzystać z tego życia w pełni. Który brał siłę z modlitwy i nie zatrzymywał jej w sobie, ale starał się nią dzielić z innymi. Który był tak blisko Boga, że dziwił się, kiedy inni nie mieli doświadczeń mistycznych. I który nawet tym, których nie lubił życzył zbawienia. Dodając szeptem „jak najszybciej, jak najszybciej”.

Myślę, że o. Joachim Badeni to mężczyzna, którego warto poznać. Choćby na kartach jego biografii.