Bez happy endu (Lb 23-24, 31)

Gdy Izraelici szli do Ziemi Obiecanej, na swojej drodze spotkali Moabitów pod wodzą Balaka. Aby zapewnić sobie zwycięstwo, król Moabu zatrudnił proroka Balaama, aby ten przeklął Izraelitów. Historia tego proroka jest niezwykle dokładnie opisana w Piśmie Świętym (jest głównym bohaterem trzech rozdziałów Księgi Wyjścia, a potem pojawia się w jeszcze jednym) ale jeśli popatrzeć na nią całościowo, bez wnikania w szczegóły, pokazuje drogę rozwoju duchowego mężczyzny. Bez happy endu.

Balaam, wbrew zamówieniu ze strony króla Balaka, czterokrotnie błogosławi Izraelitów. Proroctwa te zawarte są w dwudziestym trzecim i dwudziestym czwartym rozdziale Księgi Liczb. Pomimo podobnego przekazu, każde z nich jest wyrażane w innych okolicznościach, które pozwalają rozwój duchowy proroka. A w nim odnaleźć siebie.

Balaam nauczył się słuchać Boga, odczytywać Jego znaki, wypełniać Jego polecenia, a pomimo to w decydującej bitwie pojawił się w armii Moabitów

Aby otrzymać pierwsze proroctwo, Balaam najpierw każe złożyć siedem ofiar na siedmiu ołtarzach. Potem odchodzi od króla. Znajduje miejsce, gdzie będzie sam (co pewnie nie było łatwe, skoro stacjonowało tam całe wojsko Moabu) i zaczyna mówić Bogu o ofiarach, które właśnie złożył. Wcale nie jest pewny, że otrzyma od Boga jakiekolwiek słowo do przekazania. Widzę w tym obraz mężczyzny na początku drogi rozwoju duchowego. Takiego, który próbuje handlować z Bogiem. Który zaczyna modlitwę od wymienienia Bogu, dlaczego to właśnie on zasłużył na wysłuchanie. A zarazem faceta, który do modlitwy potrzebuje mieć dokładnie określone warunki. Modlitwa takiego mężczyzny jest czymś oddzielonym – od innych ludzi (preferuje modlitwę samotną), spraw (w tym problemów modlącego się), miejsca. Po prostu ich modlitwa musi być osobnym elementem życia.

Przy drugim proroctwie Balaam znowu zaczyna od złożenia siedmiu ofiar. znowu odchodzi od króla – chociaż narrator podkreśla, że idzie tylko „nieopodal”. Ale już nic nie mówi w miejscu, które sobie wybrał. Wie, że spotka Boga, jeśli tylko na Niego zaczeka. Na tym etapie mężczyzna nadal potrzebuje wyraźnego oddzielenia (pod względem czasu, miejsca, warunków itp.) modlitwy od pozostałych czynności, ale ta modlitwa jest już bliżej życia. Taki mężczyzna wie też, że niczym nie musi sobie zasłużyć, żeby móc stanąć przed Bogiem. Że odnajdzie Go, jeśli tylko będzie czuwał w ciszy.

Trzecie proroctwo znowu zaczyna się od siedmiu ofiar. I w ogóle te ofiary – o których wcześniej jedynie wspomniałem – wydają mi się ważną sprawą. Trzy razy Balaam składał siedem osobnych ofiar na siedmiu ołtarzach. O ile na etapie pierwszego proroctwa prorok składał je, żeby potem zagadać nimi Boga, to przy drugim i trzecim proroctwie autor Księgi Liczb nic nie wspomina o takim nastawieniu. Po prostu – Balaam może coś ofiarować Bogu, więc to robi. I ofiarowuje raczej więcej, niż mniej. Dlatego, niezależnie od tego, na którym etapie jesteś, zawsze możesz dużo oddać Bogu i nigdy nie jest to złym pomysłem.

Trzecie proroctwo Balaama jest efektem wdrożenia modlitwy w swoją sytuację życiową. Balaam tym razem nie odszedł od króla. Popatrzył jedynie w stronę obozu Izraelitów i wtedy ogarnął go Duch Boży. Mężczyzna na tym etapie rozwoju umieszcza już modlitwę bardzo blisko swojego życia. Wystarczy jedynie lekkie przestawienie „na tryb modlitwy” i może ją zacząć w każdej sytuacji.

Czwarte proroctwo to już zaawansowany poziom życia mistycznego. Nie ma żadnej ofiary, Balaam nie odchodzi, nie mówi nic Bogu ani nie czeka, aż Bóg go natchnie – po prostu z miejsca zaczyna prorokować. Po prostu mężczyzna, który zintegrował modlitwę ze swoim życiem. Kontemplacja możliwa w każdym miejscu i czasie.

Od handlowania z Bogiem do całkowitego zatopienia swojego życia w Nim. Taką drogę widzę w czterech proroctwach, w których Balaam błogosławił Izraela na pustyni Moabu.

Po rozstaniu z królem Balakiem, proroka Balaama spotykamy w Księdze Liczb jeszcze raz, siedem ksiąg dalej i czterdzieści lat później. Nie wiemy, co z nim się działo przez ten czas. Za to wiemy, że po tych 40 latach walczył w armii Madianitów i zginął w bitwie z Izraelitami.

Jak pokazują cztery proroctwa, Balaam zaszedł bardzo daleko w swoim rozwoju duchowym. Wiedział, że to Izrael ma błogosławieństwo Boga i że nie można błogosławić Moabitów – a więc wiedział, kto ostatecznie wygra tę wojnę. Pomimo tego, w czasie decydującej bitwy pojawia się w armii, która ma przegrać. Nie przeszedł na stronę Izraela.

Jeśli dobrze pamiętam, święty Ignacy Loyola mówił, że jeśli ktoś nie działa pod sztandarem Jezusa, to działa pod sztandarem szatana – nie ma żadnej innej opcji. Nie można być neutralnym. Balaam mógł myśleć, że uda mu się zachować neutralność albo w ostatniej chwili zmienić sztandar. Nauczył się słuchać Boga, odczytywać Jego znaki, wypełniać Jego polecenia. Ale to, że zginął w armii Moabitów jest dla mnie symbolem, że nie potrafił tych umiejętności wykorzystać w każdym obszarze swojego życia. Może myślał, że jeszcze ma czas do decydującej bitwy i najbliższej nocy wymknie się do obozu Izraelitów? Może uważał, że w czasie bitwy krzyknie „Hej, ja wam już czterdzieści lat temu prorokowałem, jestem z wami!” i dopiero widząc tysiące biegnących na niego Żydów uświadomił sobie, że nikt go nie usłyszy? Może uznał, że na pewno Bóg obroni go przed śmiercią nawet, jeśli wszyscy pozostali Moabici zostaną zabici?

W takim zachowaniu widzę mężczyzn, którzy – chociaż ogólnie żyją przyzwoicie – zgadzają się na jakieś bylejakości w swoim życiu. Na przykład takich, którzy ogólnie chcą być w Kościele, ale przeszkadza im jakiś punkt w którymś z przykazań. Albo takich, którzy tolerują swoje słabości i nie walczą z nimi. A przez to robią tak, jak Balaam – mając wszystko, co pozwala dołączyć do armii zwycięzców, idą na pole bitwy w armii o której wiedzą, że przegra.

Popatrz na proroctwa Balaama i znajdź siebie w czterech etapach jego rozwoju duchowego. A jak już się znajdziesz – przypomnij sobie śmierć Balaama. Zastanów się czy też nie pozwalasz w swoim życiu na coś, co stawia Cię pod sztandarem Madianitów. Pamiętaj, że z tej armii wszyscy zginą.