Batonik z marchewki

W liceum, w czasie długiej przerwy, często z kolegami przerwie schodziliśmy do podziemnego barku, żeby wystać swoje w kolejne i zjeść odgrzaną w mikrofali zapiekankę (z długości której dowiadywaliśmy się, że inflacja naprawdę ma wpływ na życie codzienne) albo „mini-pizzę” (która była połową bułki posypaną serem i polaną ketchupem). Od prawie miesiąca uczniowie w VIII LO w Krakowie, podobnie jak w innych szkołach w całej Polsce, nie mogą już skorzystać z takiej przyjemności. W sklepikach szkolnych nie można już kupować tego, co dyrektor szkoły wraz z radą rodziców uznali za zakazane, wzorując się na rozporządzeniu aktualnie urzędującego Ministra Zdrowia. W zamierzeniu prawo to miało pomóc w kształtowaniu zdrowych nawyków żywieniowych u dzieci i młodzieży.

Gdy pierwszy raz usłyszałem o ustawie ograniczającej dostęp do słodyczy w szkołach myślałem, że ktoś sobie ze mnie żartuje. Tak absurdalne i bezsensowne jest dla mnie to prawo. Kolejny raz ktoś wychodzi z założenia, że jak lokalnie ograniczy się do czegoś dostęp, to problem zniknie. Dlaczego jest to według mnie bez sensu?

Zakazu, według mnie, nie odczują tak naprawdę ani w dzieci, ani w lekarze (którzy potencjalnie powinni mieć mniej pacjentów w związku z lepszym stanem zdrowia i uzębienia Polaków), ale w drobnych przedsiębiorców. Jeśli dziecko będzie chciało zjeść batonika czy zapiekankę, to i tak ją kupi. Ustawowy zakaz zadecydował za to, że na sprzedaży produktu nie zarobi lokalny przedsiębiorca prowadzący mały sklepik w szkole (mam doświadczenie, że zazwyczaj sklepik szkolny prowadzi ktoś z osiedla). Zarobi za to właściciel innego sklepu. Dobrze jeszcze, jeżeli będzie to ktoś prowadzący mały sklep, który dziecko mija p drodze z domu do szkoły – wtedy i Skarb Państwa, i lokalna przedsiębiorczość otrzymają wsparcie. Gorzej, jeżeli słodycze będą kupowane w hipermarkecie w czasie weekendowych zakupów, skąd pieniądze rodziców na skrzydłach ulg podatkowych odlecą z Polski.

wymarzony sklepik szkolny według ustawodawcy. CC-0, Jarmoluk@pixabay.com
Bądźmy szczerzy – taki widok nie wystarczy, żeby kogoś odciągnąć od czekolady.

Ale wiadomo, politykami kierowały wzniosłe idee poprawy zdrowia Polaków w ujęciu długofalowym, a nie chwilowo korzystne rozwiązania gospodarcze. I na tym polu… właśnie, na tym polu cała ustawa jest dla mnie totalnie bezsensowna.

W rewelacyjnej moim zdaniem książce „Siła nawyku” (tak zupełnie na marginesie: może zrobimy akcję kupna 560 egzemplarzy tej książki dla każdego Posła i Senatora nowej kadencji, żeby już nie powstawały podobne ustawy?) jest opisany przykład jedynej w historii Stanów Zjednoczonych akcji zmiany nawyków żywieniowych zakończonych powodzeniem. W czasie II Wojny Światowej, w związku z przeznaczeniem dużej ilości „dobrego” mięsa na eksport do Europy, w USA zaczęło brakować podstawowego surowca na steki i hamburgery. W związku ze stanem magazynów z żywnością i w trosce o poziom hemoglobiny i białek w obywatelach, FDA postanowiła wypromować jedzenie podrobów, których podanie w tamtych czasach podobno było uważane za porażkę gospodyni domowej. W ciągu 10 lat dzięki tej akcji spożycie podrobów wśród Amerykanów wzrosło około 10 razy (podaję z pamięci, ale chyba z 4 do ponad 40%). Żadna inna akcja celująca w zmianę nawyków żywieniowych nie zakończyła się podobnym sukcesem. Na czym więc polegał sukces tej konkretnej?

Kluczem jest stwierdzenie „nawyki żywieniowe”. Bo tak naprawdę o nie chciał zawalczyć i nasz ustawodawca zakazując sprzedaży określonych produktów w szkołach. Ale w nawyku nie chodzi o to, co i gdzie można kupić. Chodzi o to, po co dana osoba odruchowo sięgnie, gdy poczuje mały lub większy głód. Wtedy zadziała nawyk, który wcześniej sobie dana osoba wyrobiła. Jeśli ktoś się nauczył, że wszędzie poza szkołą zjada kawałek czekolady – zatroszczy się też o to, żeby w szkole mieć ze sobą czekoladę albo zrobi wszystko, żeby ją zdobyć w odpowiednim momencie. Podobnie, jak Amerykanie w latach czterdziestych XX wieku byli przyzwyczajeni do solidnej porcji mięsa na obiad i nie chcieli nagle na talerzu zobaczyć wątróbki.

Nawyk składa się z trzech elementów: wyzwalacza, czynności i nagrody. I ta „pętla nawyku” pozostaje stała – jeśli ktoś raz wyrobił sobie pewien nawyk, to już go nie usunie. Może za to zmienić czynność, którą osoba wykona po określonym wyzwalaczu, jeżeli otrzyma za nią nadal tę samą nagrodę.

Kluczem do sukcesu akcji FDA było właśnie takie podejście. Agencja nie zaczęła akcji od plakatu „podroby są zdrowe, a mięso ma więcej tłuszczu” ani od zakazu sprzedaży schabu. Zamiast tego – przy zakupach rozdawano kobietom przepisy na to, jak w znanych im daniach zastąpić część lub całość mięsa właśnie podrobami. W ten sposób głodna osoba dostawała dokładnie taki sam wyzwalacz – jedzenie wyglądające tak samo – i nagrodę – podobny smak i uczucie sytości. I to wystarczyło.

Podobno żadna późniejsza akcja zmiany nawyków żywieniowych Amerykanów nie została przeprowadzona zgodnie z tym schematem. I żadna nie odniosła już tak wielkiego sukcesu. Dlatego też nie wróżę sukcesu działaniom polskiego Rządu opartym na zakazie sprzedaży określonych produktów w szkołach. Zamiast zakazywać – można przecież promować sprzedaż marchewek w opakowaniach zbliżonych do batonów albo zachęcać rodziców, żeby w domu przygotowali swoim dzieciom chipsy z jabłek. Zamiast draży można w podobny sposób podać orzechy lub rodzynki (ja od jakiegoś czasu staram się właśnie w ten sposób ograniczyć ilość pochłanianych słodyczy), a hamburgera w sklepiku zostawić, wydając jedynie sensowne wytyczne co do jego zawartości.

Czy takie działania miałyby sens? Przykład z naszego rynku pokazuje, że na pewno miałyby szanse. Kilkanaście lat temu ktoś wprowadził do naszych sklepów okropnie drogie kawałki kabanosa zapakowane jak batony – w opakowania zawierające jedną porcję. Są one nadal dostępne na rynku, a obok nich pojawiły się także inne kiełbasy i parówki w dokładnie takiej samej formie. A to oznacza, że ludzie chcą taki produkt kupować i jeść. Można więc wnioskować, że część osób zamieniła batonik na kawałek mięsa.

ważniejsze od tego, co i gdzie można kupić, jest to, po co ktoś odruchowo sięgnie, gdy będzie głodny

Jest jednak i dobra strona zakazu sprzedaży „śmieciowego jedzenia” w szkołach. Mam nadzieję, że dzięki temu dzieci będą mogły się nauczyć, że zakupy warto wcześniej zaplanować. Że jeśli mają ochotę zjeść w czasie przerwy chipsy, to muszą odpowiednio wcześniej namówić rodziców na taki zakup. Rodzice za to kupią odpowiednie produkty prawdopodobnie taniej, niż dziecko zapłaciłoby za nie w szkole. Wyrobienie takiego nawyku w przyszłości może zaowocować tym, że będą potrafili zaplanować zakupy, pójść na nie z listą i odpowiednio wybrać sklep, co pozwoli im zaoszczędzić pieniądze, które już sami będą zarabiać. A jeśli rodzice będą przeciwni kupowania zakazanego jedzenia nawet poza szkołą – młody człowiek będzie mógł dodatkowo poćwiczyć sztukę negocjacji. Są więc szanse, że jako społeczeństwo skorzystamy na bublu prawnym. Mam tylko nadzieję, że rządzący też się czegoś na nim nauczą.