agile w życiu; zdjęcie: aral-tasher@unsplash.com, CC-0

AgileLife#1: Czy żyjesz zwinnie?

Informatycy to geniusze. Nie tylko dlatego, że dzięki nim mogę napisać ten tekst, a Ty możesz go przeczytać. Nie tylko dlatego, że dzięki IT możemy rozmawiać z ludźmi po drugiej stronie kuli ziemskiej albo komunikować się z satelitą będącą na granicy Układu Słonecznego. Nie tylko dlatego, że ich praca jest praktycznie podstawą naszego codziennego życia. Nawet nie tylko dlatego, że dzięki nim możesz znaleźć w sieci śmieszne zdjęcia kotów albo zobaczyć co jadł na obiad ktoś, kto w ogóle Cię nie obchodzi. Ale to dzięki informatykom poznałem najciekawsze formy zarządzania projektami. I mogę je przełożyć na ten najważniejszy projekt do realizacji: życie.

Jakiś rok temu usłyszałem o metodyce zwinnej, czyli agile (tutaj od razu uwaga dla profesjonalistów: wiem, że SCRUM to podzbiór Agile, ale może mi się zdarzyć, że użyję tych terminów jako zamiennie). Wychowywałem się na naukowych projektach uniwersyteckich, czyli planowaniu z góry tego, co będzie robił Franek za trzy lata o godzinie 15:19, bo jeśli zrobi to o 15:21 to cały projekt pójdzie się paść. Często widziałem, jak łatwo jest położyć każdy projekt stosując takie podejście – ba, sam wiele położyłem. Dlatego podejście zwinne od razu przypadło mi do gustu i zacząłem dowiadywać się o nim więcej.

ypróbowałem tę metodykę w paru mniejszych projektach, potem w dwóch-trzech większych. I wtedy pomyślałem: a gdyby tak spróbować to rozciągnąć na codzienne życie?

Z pomysłu szybko narodziła się decyzja, potem pierwsze próby… no i pierwszy problem. Dość poważny. Bo trudno jest wdrożyć coś, co już jest w duży stopniu wdrożone. Tak, po pierwszych tygodniach odkryłem, że wiele elementów metodyki agile w mniejszym lub większym stopniu już stosowałem, tylko o tym nie wiedziałem i inaczej je nazywałem. Nic, zweryfikowałem wszystko, zagryzłem zęby i pracowałem dalej. O moich odkryciach z tego roku będę chciał od czasu do czasu coś Wam napisać, a dzisiejszy wpis jest wstępem w którym chcę Ci powiedzieć o podstawach metodyki zwinnej.

Zacznę od przykładu: ponieważ ważne jest dla Ciebie zdrowie, chcesz ćwiczyć. Na początek wybrałeś bieganie i jako cel postawiłeś sobie, że za pół roku będziesz przebiegał 10 km w godzinę. To znaczy, że za trzy miesiące powinieneś w ogóle móc przebiec te 10 km (i najlepiej mieścić się z tym poniżej 1:15 h). Czyli za półtora miesiąca dobrze byłoby móc biegać 8 km w 55 minut. Czyli za trzy tygodnie 6 km w 45 minut nie powinno być dla Ciebie problemem. Więc za dwa tygodnie dobrze byłoby przebiegać 5 km w 35 minut. Punkty kontrolne jakieś są. Więc ubierasz krótkie spodenki, buty i wybiegasz. Pierwszy dzień – w pół godziny zrobiłeś 4 km i niewiele więcej byś przebiegł. A więc cel brzmi realnie. Drugi dzień to regeneracja – mówisz sobie, jakim to zwycięzcą jesteś i odpoczywasz. Trzeci dzień – kondycja z pierwszego dnia utrzymana, a więc dobrze dobrałeś czas regeneracji. Więc jedziesz dalej. Po dwóch tygodniach możesz już bez problemu przebiec 5 km w około 35 minut. Aż tu pewnego dnia budzisz się i czujesz, że prawie nie możesz ruszyć nogą.

Zgodnie z metodyką klasyczną – „wodospadową” – powinieneś w tym momencie wyciągnąć kartkę ze zidentyfikowanymi ryzykami i sprawdzić, czy masz przewidzianą taką sytuację awaryjną. Popatrzeć, jak parodniowe opóźnienie w treningach może wpłynąć na osiągnięcie ostatecznego celu i co się stanie, jeżeli po sześciu tygodniach nie będziesz przebiegał sześciu kilometrów w 36 minut. A jeśli się okaże, że opóźnienie jest poważne – albo odpuścić cel, albo po wyleczeniu kontuzji zasuwać dwa razy mocniej, żeby nadrobić straty. Co daje duże szanse, że napotkasz na drodze kolejną kontuzję i cel jednak będziesz musiał tym razem odpuścić.

A jak postąpisz w metodyce zwinnej (i, myślę, intuicyjnie)? Początek będzie mniej-więcej taki sam. Tylko zabierając się za treningi punktu odniesienia nie ustalisz sobie za pół roku, tylko za jakiś tydzień-dwa. Za to cały czas będziesz miał w głowie „produkt”, który ma być efektem projektu (przebiec 10 km w godzinę) i, co ważne, cel któremu ma on służyć (poprawa stanu zdrowia). Po takich dwóch tygodniach treningów powinieneś usiąść i rzetelnie popatrzeć, jak wygląda Twoje bieganie. Co z tego co robisz warto zostawić, a co lepiej porzucić. Ocenić, czy przez najbliższy tydzień-dwa lepiej pracować nad dystansem, czy tempem. Czy oprócz biegania chcesz dodać jeszcze jakieś inne ćwiczenia. Jak się rozciągać po bieganiu. Ile czasu realnie możesz przeznaczyć na treningi. I tak dalej. Na podstawie takiej retrospekcji wyznaczasz sobie cel na następny dwutygodniowy (lub tygodniowy) okres i ruszasz z jego realizacją. W ten sposób okres po okresie (każdy z nich nazywa się „sprintem”) zmierzasz do osiągnięcia wyznaczonego sobie celu. Który – UWAGA – może w międzyczasie się całkowicie zmienić. I się okaże, że po tych sześciu miesiącach biegniesz nie 10 kilometrów, a maraton. Albo będziesz całe treningi spędzał z ciężarami na siłowni. Albo na basenie. Albo w ogóle wyjdzie Ci, że przed rozpoczęciem jakichkolwiek treningów parę miesięcy spędzisz w gabinecie rehabilitacji.

Co dla mnie jest najważniejsze w takim podejściu? Trzy rzeczy:

  1. Regularna ocena tego, co i jak robisz.
  2. Realne skupienie na postępach w realizacji projektu.
  3. Od osiągnięcia samego celu ważniejsze jest to, czego się nauczyłeś w czasie jego realizacji.

Od razu zastrzegę sobie: nie jestem SCRUM-masterem takim, jak pan na tym filmie:

Jestem po prostu gościem, który zauważył, że niektóre elementy z metodyki agile ułatwiają życie i zaskakująco dobrze wpisują się w Chrześcijaństwo. I o takich właśnie elementach będę od czasu do czasu pisał.

Zainteresowany tematyką? Zapisz się na newsletter, aby nie przegapić żadnego wpisu z cyklu #AgileLife! Odbiorcy newslettera otrzymują także od czasu do czasu bonusy ode mnie: